Tuesday, August 5, 2008

nie ma mnie w barcelonie. barcelony nie ma we mnie?

Friday, July 11, 2008

5go sierpnia

zabookowany bilet. 5go sierpnia laduje w poznaniu. cholernie chcialbym tu zostac dluzej. i jednoczesnie chce byc w polszy. dosc standardowy konflikt.. wiec juz niebawem.

up-date

dawno mnie tu nie było. nastąpi wiec szybki up-date.
miesiąc mieszkania u metkow dobiegł końca. jako, ze zdecydowałam sie zostać jeszcze miesiąc, konieczne było kolejne mieszkanie. znajomości z miasta zadziałały i znalazł sie pokój na miesiąc nadal niemal w centrum. z naturalnym światłem, balkonem i psem.
liczyłam cały miesiąc na prace w madrycie przy badaniach z gender studies. nic z tego nie wypaliło. szkoda, ślinka mi ciekła, bo zapowiadało sie wyśmienicie. jaki wniosek - nie spędzę przyszłego roku w madrycie; wiec gdzie go spędzę?..
czerwcowe koncerty. shined o´connor w palau de musica catalana. akustycznie i skromnie. miałam okazje sie wyciszyć i uspokoić. okazało sie, ze dawno tego nie robiłam. głos nadal ma przedni. toots and the maytals. tu miałam okazje sie wyskakać i spocić. wyśmienicie.
la playa en barcelona. taa, wyleguje sie na plaży. okazuje sie, ze tylko tam jest nieco chłodniej. powietrze w całym mieście stoi i dusi. nad morzem jest nieco wiatru.
nadrabiam zwiedzanie miasta. punkty, które odkładałam na później (głównie ze względu na ceny..). jest tez sporo wystaw, które warto zobaczyć. poza tym w muzeach/galeriach jest wentylacja;)
shamrock po przejściu do trzech nocy w tygodniu przestał być pępkiem świata (przynajmniej mojego). przy eurocopie biegaliśmy uciekając potem. po finale nie dzieje sie nic, shamrock zapadł w kumę. ja dałam wypowiedzenie. tony dal wypowiedzenie. caroline da wypowiedzenie. za shamrockiem przynajmniej nie będę tęsknić. a szukając pracy we wrocławiu dam sobie więcej czasu, żeby nie wpakować sie w miejsce, do którego nie mam ochoty ruszyć tyłka.
są postępy. po przylocie we wrześniu dukałam pytania. bałam sie pytać jak gdzieś dotrzeć lub gdzie jestem. dziś to ja odpowiadam i tłumaczę jak gdzieś dojść. to banał, ale właśnie on uświadomił mi zmianę. udało sie:)
kilka osób już wyjechalo z barcelony. miasto, moje miasto, pustoszeje. może to i dobry moment na spakowanie plecaka (co stanowi kolejny problem - jak zredukować zawartość trzech plecaków do jednego?!). pierwszy raz tutaj kupilam twaróg. czyżbym tęskniła?..

Thursday, May 22, 2008

dwudzieste piąte

dobiłam ćwierćwiecza. jakieś podsumowania? zdarzyło się sporo dobrego, spotkałam ciekawych, dobrych ludzi, mam duszki bliskie dookoła (świata), widziałam sporo i słuchałam. raczej niczego nie żałuję, bo nawet jak nie działo się za dobrze, z samego doświadczenia coś się wyniosło. kilka osób mogłabym przeprosić, ja na żadne przeprosiny nie czekam (czy to znaczy, że ludzie byli dla mnie lepsi, niż ja dla nich?..). cholernie się zmieniłam i mam wrażenie, że im starsza zmieniam się częściej i szybciej. część ludzi wokół pozostała, część odeszła, pojawiły się nowe twarze. starczy. lubię swoje dwadzieścia pięć lat. pijcie na zdrowie (moje).

Wednesday, May 7, 2008

nocne foty

metko i aga mają mieszkanko z tarasem. za dnia można się tam już cieszyć słonkiem, w czasie nocnym wszystkim innym. ostatnio padł pomysł fot, bo metko lubi manewrować światłem. wyniki są poniżej; autorstwo - metko, pomysły - wspólne. ps. wygląda na to, że czerwiec spędzę na tym tarasie:]


wspomniani metko i aga:
fota pod tytułem: "i co ja, kurwa, zrobię w przyszłym roku?!":

Thursday, April 24, 2008

sant jordi

święto wczorajsze, ale ja tak funkcjonuję: dzień zaczyna się pracą, później sen, kilka godzin przerwy pomiędzy, które nie wiadomo, do którego dnia przynależą.. sant jordi - katalońskie (i nie tylko) walentynki z dłuższą historią. plus - obdarowywani są wszyscy kochani, a nie tylko partnerzy czy małżonkowie, a więc bliscy, przyjaciele, rodzina. duży plus ode mnie, bo tak sama kocham. minus - zwyczaj w podarunkach. osobniki płci żeńskiej dostają róże, osobniki płci męskiej - książki. jaskrawy sexizm. pozostaje święto zbojkotować, lub pobawić się z konwencją. zatem - życzę wam, duszki wielu pięknych, odległych, poruszających, stymulujących, brzmiących, radosnych, przygnębiających, zaskakujących stron. niech składają się na wasze życie.

ps. w barcelonie sant jordi skończył się stosami róż w śmietnikach.

Monday, April 21, 2008

moje życie skurczyło się do orzeszka zwanego pracą

więc (patrz: tytuł wpisu) nie mam wiele do napisania. mogę podzielić się kilkoma anegdoto-reflexjami.

shamrock jest zdominowany przez brytyjczyków w średnim wieku, singli. ja znam ich jedynie z czasu, który spędzają upijając się. wrażeń najlepszych, zatem, stamtąd nie wynoszę. przeciwnie. miejsce poci się rasizmem i uprzedzeniami (off course, nie wszyscy, ale takiej dawki dyskryminacji skierowanej w przeróżnych kierunkach, już dawno nie zaznałam). w powietrzu unosi się pijacki bełkot. więc spędzam tam jedynie czas, za który mi płacą;)

tony faktycznie okazuje się najlepszą (w sensie: bardzo dobrą) osobą, jaką ostatnio poznałam. ma wielkie serce, co przejawia się w szczegółach - wręcz każe mi siadać kiedy tylko jest ku temu okazja, nie pozwala kończyć przerwy, skrupulatnie pilnuje, abym sprzedawała piwo swoim znajomym po niższej cenie, ale i większych sprawach - min remontuje znajomym mieszkania.

Okazuje się, że zazwyczaj uczestniczyłam w alkoholizowaniu się. Stanie po drugiej stronie baru daje okazję do obserwowania z dystansu całego procesu. Długi czas było to niemała rozrywką – dostrzeganie rozpływania się ruchów, gubienia wzroku, ubywania zdolności artykulacji dźwięków, nie wspominając o koordynacji i zachowywaniu logiki wywodu.. a ten seans niemal codziennie, zwielokrotniony przez liczbę klientów..

Czy wsiąkłam już w shamrock'a? niedalekiego wieczoru juan stwierdził "you know marta. I don't know how to put it.. but you don't really fit here, do you?" yeah, nie pasuję do miejsca, ni do meczów, ni do ludzi tam przychodzących, ni do roli wdzięcznej barmanki.

w dodatku rozmowa z big ciff'em. facet, który pracuje jako ochroniarz w jakiejś knajpie. postać, której nie chce się spotkać w ciemnym zaułku. prostytutki z rambli nie są mu obce. przychodząc do knajpy zamawia białe wino, ale butelkę. często wychodzi po trzech. ostatnio nieopatrznie wylądowałam koło niego (nie otacza go tłum przyjaciół, i wonder why?). ze swoim doświadczeniem człowieka który dużo widział i przeżył (niewątpliwie zna ceny alkoholi na niemal całym świecie) poddał krytyce moje plany (bądź ich brak) na przyszłość, puentując "couse marta, what are you? You are nothing." Niedościgniona zdolność analizy i rozszyfrowywania ludzkich charakterów. Widział mnie trzeci raz w swym, niewątpliwie pasjonującym, życiu. fuck off.

dobry nius na zakończenie. mam przejść na pół etatu. bo nie wyrobię się z sesją - oficjalna przyczyna. ale też nie-oglądanie ich wszystkich niemal codziennie + odzyskanie części swego prywatnego życia, wyjdzie mi na zdrowie. jak juca będzie oporny w tej sprawie - zwalniam się, przeżyję.

ps. a jeśli ktoś ma ochotę na lipcowego tripa po hiszpanii (pais de vascos, madrid, andallucia, valencia, tarragona) - zapraszam.

Wednesday, April 2, 2008

day off


miałam wstać przyzwoicie wcześnie, ale chęć wyspania się zwyciężyła - dzień zaczął się ok 15ej.. i leniłam się bardzo przyjemnie zajmując się jakimiś pierdołami. wieczór u mari na squocie, jak zwykle przy dobrym żarełku. tam okazało się, że ekipa odkryła jak wejść do pobliskiego kina na seanse za darmo. wiec wybrałyśmy się na "no es pais para viejos". nie przez przypadek używam hiszpańskiego tytułu - wszystkie filmy są tu dabbingowane. więc filmu nie będę recenzować, bo trudno mi określić do jakiego stopnia go zrozumiałam.. przyjemnie było posiedzieć na sali kinowej, z wielkim ekranem i śledzić poczynania postaci mając nadzieję, że rozumie się kwestie. uświadomiłam sobie, że baaardzo dawno nie byłam w kinie. może będziemy się tam wybierać częściej, nie wzbudzając podejrzeń;)

Monday, March 31, 2008

barcelona płacze

rozpadało się. a że w barcelonie to rzadkie zjawisko - ludzie reagują histerycznie. ja utknęłam w pracy. oswoiłam się z miejscem, marudzeniem tony'iego, perfekcjonizmem juci, stałymi klientami i ich humorami. znam coraz więcej historii, które razem tworzą dość barokową formę. w opowiadaniach przeplatają się: alkohol, wspomnienia o WBrytanii, rowery górskie, prostytutki, pogoda, podróże, udział w wojnach, sport, jedzenie, muzyka, sex, języki, ex-polskie-dziewczyny i inne ex. puentą jest zawsze poszukiwanie miejsca, gdzie można doczekać rana przy ostatnim piwie (a miejsce zawsze jest to samo..). ludzie, którzy kiedyś tam pracowali, teraz są stałymi bywalcami. ludzie, którzy teraz tam pracują, upijają się tam w dni wolne. przepracowany tydzień utwierdził mnie w przekonaniu, że warto zachować dystans do tego miejsca. konsekwentnie będę unikać tego zaułku w swoje cenne wolne wieczory.

Tuesday, March 25, 2008

trabajo!!!

po wielu moich wynurzeniach na temat mamony, szukania pracy, wywiadach, ogłoszeniach - już nie chciałam zapeszać. ale, uwaga, marta k. w końcu znalazła pracę. przytulił mnie irlandzki pub sportowy (yeah, będę teraz na bieżąco z footballem, młodszy). klienci mówią w hiszpańskim lub angielskim (okazuje się, że jestem w stanie ratować tyłek tony'iemu w dogadywaniu się po hiszpańsku), co ważniejsze - staff operuje angielskim. przetrwałam okres próbny, który trwał pięć wieczorów i zostaję na stałe. nie mam pojęcia o drinkach, ale na razie nikomu to nie przeszkadza;) moje życie towarzyskie (z resztą, jakiekolwiek inne też..) uschnie, bo będę tam spędzać pięć wieczorów w tygodniu pracując od 18ej do 3/4ej. całe szczęście, że jest to praca, w której mogą mnie odwiedzać znajomi. może nie zapomnę jak wyglądają.. chłopcy, z którymi pracuję też zapowiadają się wyśmienicie. juca jest brazylijczykiem, który do tej pory doradzał mi, jak robić rzeczy lepiej (nawet tonu głosu nie zmienia, jak coś partaczę). tony, anglik (towarzyszy mi na fotach) jest złotym chłopcem o dużym sercu i skłonności do marudzenia. poza tym operuje cockney, co zmusza mnie do dużego wysiłku lingwistycznego. w pracę jest też wliczone ryzyko. mianowicie, po każdym wieczorze staff ma darmowego drinka, a nie ma nic tak dobrego po skończonej pracy - jak zimny browar. i wtedy już schodzą napięcia i dobrze się gada. drugi browar też nic właściwie nie kosztuje, bo wpadło kilka euro napiwków. a wtedy już nie warto wychodzić przed 5ą, bo wtedy zaczyna jeździć metro. i trzeba tylko wygospodarować 7/8 godzin snu..



semana santa

cały tydzień wielkanocny w hiszpanii (a przynajmniej w bcn) jest wolny. wiadomo co zrobić z całym tygodniem wolnego. większość moich znajomych wpadła na pomysł wyjazdu, rozpierzchli się po całym półwyspie. tym razem, brak mamony utrzymał mnie na tyłku w mieście z mocnym (a jakże, cały czas..) postanowieniem szukania pracy. dnie mijały mi zatem na czytaniu (przebrnęłam przez większość pozycji obowiązujących mnie w tym semestrze..), wysylaniu cv'ek i roznoszeniu ich po centrum. doprawdy parszywy czas. dawno nie dopadł mnie tak brak mamony. zablokował jakiekolwiek pole manewru. nie mam nic przeciwko siedzeniu z bliskimi w jakimś szarym kącie i popijaniu taniego piwa. ale zaczyna się to komplikować, gdy bliscy zaczynają bookować bilety lotnicze, a ja oszczędzam na metrze.. więc drugiej połowy tygodnia już bym nie zdzierżyła. ale los okazał się łaskawy:]

zaragoza 7-11 marca

trochę mnie tu nie było. więc z uzupełnień watro wspomnieć o wypadzie do zaragozy, do metka i agi. to co utkwilo mi w pamięci szczególnie - to to, że w pt wiało cholernie, w sob nieco mniej, a w niedz padało. taa, pogoda się nie udała. ale nie przeszkodziło to nam w przyjemnym szwendaniu się po mieście, jedzeniu, patrzeniu, popijaniu, gadaniu. dojeżdża się tam przez niesamowite kamienne pustkowia. nie ma tam nic. nie chciałabym się tam znaleźć latem w jakiś niewyobrażalnych temperaturach. a zaragoza? nie robi wrażenia. mogę to powiedzieć, bo metki właśnie przeprowadzają się do barcelony;)


alhaferia:jak każde szanujące się hiszpański miasto - zaragoza ma swoje dzielnice graffitti:i trochę bardziej społecznie:

Monday, March 3, 2008

exam cd

jacqueline jak zwykle stanęła na wysokości zadania - "i'm so sorry, marta", jakbym to za jej sprawką oblała ten exam. więc przynajmniej jest współpracująca i postara się załatwić wcześniejszy termin poprawki (oficjalny jest 30go czerwca; ja mam już wtedy zamiar być na innym kontynencie, a uniwerek barceloński jest chyba nieco zbyt przywiązany do wszelkiego "oficjalnego"). więc będę miała powtórkę z rozrywki. ale przynajmniej da się to rozwiązać. bom już się bała..

Friday, February 29, 2008

sun in bcn

znowu świeci słońce. jest bosko. rezygnuje się z metra na rzecz spaceru przez miasto. nowy semestr zapowiada się ciekawie. dobre przedmioty (i niewiele ich). można cieszyć się miastem. niedługo morzem. tak zaczął się ten dzień. poniósł mnie przez ulice. uśmiechnięty ryjek. było mi dobrze do tego stopnia, że zapomniałam co się działo ostatnio. jakieś spotkania, bieganie z papierami związanymi z nowym semestrem, monotonia szukania pracy, moje potknięcia o hiszpański. było dobrze. więc wieczorem dostałam maila z info, że nie zdałam examu z literatury angielskiej (w moim przekonaniu był pewniakiem..). i skrzydła opadły. w poniedziałek dowiem się czy jest beznadziejnie, czy uda się to jakoś połatać. równowaga w przyrodzie została zachowana..

calcotada

tradycyjna lokalna wiosenna impreza katalońska. polega głównie na opiekaniu pora (który nie jest porem, ale go skutecznie udaje) na ognisku, aby go jak najbardziej okadzić i umorusać, aby następnie przenieść to na siebie w trakcie jedzenia. samego jedzenia jest z tego niewiele, ale smaczne, gdy wymaziane z sosem. potem następuje właściwa, mięsna wyżerka. w trakcie popijamy winem, choć wypadałoby powiedzieć - wlewamy w siebie wino, gdyż używamy takiej karafki (takiej, czyli patrz - zdjęcia). mi poszło sprawnie;) event udany, między innymi dlatego, że za barceloną, w valls. zamieszczam zdjęcia i ogłaszam konkurs za pięć punktów (bo zadanie do trudnych nie należy) - ilu polaków a ilu kataluńców? co właściwie i tak na jedno wychodzi.. zwycięzca zostanie wylosowany spośród nadesłanych, poprawnych odpowiedzi i zostanie mu wręczona butelka czerwonego katalońskiego wina (bez karafki) w barcelonie (dojazd na koszt własny). powodzenia

Sunday, February 17, 2008

bateryjka

bateryjki zostały naładowane. pobyt we wro należał do wyśmienitych. czas przyjemnie sączył się przez palce. śniadanie zjedzone u kogoś, aby kontynuować obiadem u kogoś innego, dzień kończąc jeszcze gdzieś indziej. wszystko bez pośpiechu, obfite w kawę i pogaduchy. stęskniłam się za duszkami. lubię ich/wasze towarzystwo cholernie. jako wyjeżdżająca dostałam skondensowaną dawkę bycia-razem. jasne więc, że zdarzył się mi moment "przecież mi tu dobrze i chcę zostać", ale wypracował wspólne z "chcę pobyć w barcelonie". nabyłam się z ludkami do tego stopnia, że pewnie jeszcze nieco wiecej/dłużej a zaczęłoby mi się odbijać;) ale było w-sam-raz, mam zapas nowej enegrii. and i'm back in barcelona.

Thursday, January 31, 2008

la mudanza

przeprowadzka zakończona powodzeniem. reflaxja, która atakuje agresywnie - jak w tak krótkim czasie można zgromadzić tyle gratów? niby nie mam wiele, a przetransportowanie tego okazało się żmudnym zadaniem. więc już zaczęłam kombinować co wywieźć, a co będzie się nadawało do wyrzucenia już niebawem. przecież nie dam rady powrócić tak obładowana..
zostawiłam chłopców ("we have to meet!" - "yeah, sure") i zamieszkałam z dziewczętami i kotami. reflexja numer dwa - i jak ja przetrwam mieszkanie z hiszpankami? przecież ich nie zrozumiem.. czuję się jakbym wróciła do punktu wyjścia. jest wrzesień, tylko nieco chłodniej (właściwie to sporo chłodniej). niby lingwistycznie czuję się lepiej, ale żeby wyśmienicie?.. będę się martwić za dwa tygodnie, jak.. wrócę z polandowa:]

Monday, January 28, 2008

cementerio trip

długi spacer. stwierdziłam, że czas dogłębnie spenetrować wzgórze montjuic, wycisnąć z niego ostatnie soki, jako, że mieszkam w tej okolicy już tylko przez dni trzy. wcześniej nie widziałam żadnego cmentarza w hiszpanii. na ten trafiłam przypadkiem, po drodze. i muszę przyznać, że się tego nie spodziewałam. z daleka wygląda jak osiedle, pełne bloków w równych rzędach, światło odbija się w "oknach". można wejść, wędrować po kolejnych uliczkach. jeździ tam nawet autobus. jest wielki, pełen zakamarków. i unosi się nad nim przedziwny zapach..

to już nie cmentarz, ma sie rozumieć.

płynie

do prawie tygodnia nie robie nic, a przynamniej nic-konkretnego, nic-zorganizowanego, nic-do-czego-musiałabym-się-zmuszać. czas płynie leniwie, a ja pozwalam się mu unosić. dwa dni spędzone z tomaszem i izą. widzieliśmy sie ostatni raz prawie dwa lata temu w zielonej górze, a teraz spędzali holiday'a z irlandii w barcelonie. więc siedzimy, i gadamy, i łazimy, i gadamy. sobotę przełaziłam w pobliskich górkach. było tego tuptania trochę, ale co najlepsze - grzanie się w styczniu w ciepłym słońcu. i robi się leniwie. a wczoraj odebrałam kolejne, nieco przestrachane erasmusy z wrocławia. popijając piwo bawiłam się w quiz stu pytań dotyczących tego "jak przetrwać w hiszpanii"(szczególnie gdy nie mówi się po hiszpańsku), będąc postrzeganą jako skarbnica niezawodnych odpowiedzi. well.. i kilka odpowiedzi się znalazło. poczułam, że już tu chwilę mieszkam.
za tydzień znajdę się w szarej, zachmurzonej poloni. w miejscu gdzie zaciera się granica między pięknem a brzydotą. w niedogrzanych miejskich środkach transportu pełnych bladych twarzy pozbawionych wyrazu. zawiruję w przepychankach do autobusów. spóźni sie pociąg, który będzie miał mnie zabrać do rodzinnego (i będzie miał nieszczelne okna). w miejscu, gdzie expedientki nie odpowiadają na "dzień dobry", bo nie widzą w dniu nic dobrego. na śródmieściu w środku nocy zaczepi mnie lokalny żulik, a z oddali będą dobiegać rodzinne wrzaski. i już nie mogę się doczekać:)

Friday, January 18, 2008

dobry dzień

wróciła moja passa. a może ja zwróciłam na nią uwagę, bo w końcu podniosłam wzrok znad komputera. stało się dziś sporo dobrego. 1) panie z polskiego biura dowodzenia erasmusem odpisały potwierdzając, że mam zgodę koordynatora na przedłużenie pobytu w barcelonie o kolejny semestr; 2) oddałam ostatnią pisemną prace, z filozofii, po ponad tygodniu spędzonym intensywnie z ludwikiem i martinem; 3) odpisały dziewczyny, że chcą ze mną mieszkać - przy sagrada familia, dwa koty, otwarta chata, dziewczyny będą uczyć się cierpliwości, ja hiszpańskiego; 4) termin przylotu do polandu jest już ustalony z liniami lotniczymi: 3-13ty luty; 5) uczęszczam na kurs hiszpańskiego dla imigrantów ("serio tak tanio?!"), gdzie mam okazję nauczyć się rosyjskiego lub armeńskiego:) i spędzę wiosnę w słonecznej hiszpanii. mhh.

Sunday, January 13, 2008

jeszcze sylwestrowo

duszki wyjechały już jakiś czas temu. pest jako ostatnia zeszłej niedzieli. a ja wsiąkłam w pisanie prac zaliczeniowych. było intensywnie i wyśmienicie. sonia i misiek de polonia, którzy zaaklimatyzowali się na squot'cie u mari, pest de polonia, jaromir de scotia i gaba de granada. czas upłynął nam na spełnianiu wielu "aktywności": szwendaliśmy się nocnie, biesiadowaliśmy, paliliśmy sziszę, leżeliśmy, alkoholizowaliśmy się, oddawaliśmy się absurdalnym rozmowom, i tym mniej absurdalnym też, leniuchowaliśmy, zaśmiewaliśmy się, piknikowaliśmy w parku guell, gotowaliśmy, grzaliśmy się w słońcu, obżeraliśmy się, piliśmy dużo kawy, byliśmy. a byliśmy tak intensywnie razem, że w pewnym momencie wysyłałam wszystkich na zwiedzanie miasta, aby samej znaleźć azyl w ciszy pisania prac. i odetchnąć. jedyne czego mi zabrakło, to intymniejszej chwili z każdym sam-na-sam, rozpłynęliśmy się w grupie. ale był to doprawdy dobry czas. a za zdjęcia całuję rączki pest i jaromirowi.