w granadzie zaświeciło w końcu słońce. spędziłam dzień gubiąc się w wąskich uliczkach i znajdując kolejne ściany naznaczone przez el nino de las pinturas - pojawia się niemal w całym mieście. poza tym sacramonte z mieszkaniami w skale. nietypowe, bo jeszcze nie turystyczne, wiele miejsc jest zesquotowanych i raczej mało atrakcyjnych, co sprawia niemało radości. oid namówił nas do spróbowania owoców kaktusa, więc później kolce czuło się nawet na języku. wszystko to poprzeplatane czasem na kawę, taras, jedzenie - często we wspólnej konstelacji. w niedzielę zaczęłyśmy (ja, gaba, dominika) przygotowania do wigilii. oczywiście trzymały się nas pomysły jak wyprawa do ruskiego sklepu (pierogi ruskie z bryndzą dają radę), gdzie ok 14ej pod sklepem są już wciągane browary - ah, jak swojsko, lub zakupy w odległym lidl'u, gdzie prawdopodobnie zaoszczędziłyśmy 3euro.. 24go, zamiast udać się do pubów, jak reszta lokalnych, zasiedliśmy do stołu. towarzyszyli nam jonathan, dario, oid, jarek, alice. pyszności były: pierogi, barszcz, bigos, ryba, sałatka. wszystko to w dość improwizowanej formie, ale udane i popijane grzanym winem:) zabawne, że gdy my biegałyśmy jeszcze za ostatnimi zakupami/przygotowaniami, w polszcze wigilia była już trawiona. miły i smaczny czas. 25go już dogorywaliśmy, choć nastąpiły poprawiny wigilii (to plus spędania świat w kraju, gdzie celebruje się dopiero 25go - można załapać się na dwie bujne kolacje) - zaproszenie do zaprzyjaźnionego kameralnego hostelu. znowu na sacramonte, więc widoki przednie. pojadłam, popiłam i wybrałam się na lotnisko. flight back to barcelona.
Wednesday, December 26, 2007
Sunday, December 23, 2007
lugagge cd
13:30. bagaż jest. uff. już zimny pot ścierałam z czoła.. granady nie widziałam dużo, szwendamy się nocnie. od dwóch dni mżawka i chmury, więc się nie chce. poza tym, patrzenie na nowe miejsce bez aparatu okazuje się niepełne. brakuje momentu chwytania obrazu na dłużej, tak żeby został. pocieszam się, że przy takiej pogodzie i świetle i tak nie korzystałabym dużo z utrwalania. nacieszę się teraz:)
o ulice granady dba nino de la pintura: www.elninodelaspinturas.com
o ulice granady dba nino de la pintura: www.elninodelaspinturas.com
Friday, December 21, 2007
lost lugagge
lot do granady. 8a rano. czekam na bagaż przy taśmie. czekam. zostajemy - pięć zdezorientowanych twarzy. podchodzi uśmiechnięta pani i oświadcza, że jeśli naszego bagażu nie ma, należy udać sie do takiego-to-a-takiego okienka. jakby to była całkiem normalna rzecz.. a przecież każdy wie, że to się zdarza, jacyś ludzie tracą bagaż, ale JA? zostawiam dane gaby w granadzie i pozostaje czekać. więc wychodzę z lotniska z torbą przewieszoną przez ramię. muszę przyznać, że poczucie jest fantastyczne - wychodzisz w nowe miasto z minimalnym bagażem (co prawda myślisz o najbliższym chińczyku, żeby kupić gacie na zmianę, bo bagaż jeśli będzie, to nie wiadomo kiedy). no, ale jednak mam nadzieję, że zguba się znajdzie. w plecaku jest spora część ciuchów jakie w ogóle posiadam w hiszpanii. myśl o kupowaniu czegoś w ich zastępstwie wywołuję ciarki przebiegające po kręgosłupie. no i, wyraz kompletnej głupoty i naiwności - mój aparat. nie chcę borykać się z jego startą (i świadomością swej głupoty, etc..). jest 21a. bagażu nie ma. napięcie rośnie.. a granada, i owszem - piękne miasto. i świetny street art. będę wam o nim pisać, jeśli aparatu zabraknie..
Thursday, December 20, 2007
niezależność?
zdarza się to po raz drugi. zawsze będąc na obczyźnie. zastanawiałam się czemu właśnie poza granicami - bo brak bliskich wokół; jeśli są bliscy nie trzeba się z niczym zwracać do obcych ludzi. a tak zachodzi konieczność i przejechać się na tym można łatwo. melodramat w dwóch odcinkach - edynburg i barcelona. gdy było już podbramkowo, okazywało się, że są dobrzy ludzie w mieście, może jeszcze nie bliscy, ale już bliżsi. i oni zawsze ratowali mi tyłek. dzięki nim mogłam być asertywna i na tyle dumna, żeby o nic nie prosić. lądowałam miękko w ich gnieździe. więc ile pozostaje z niezależności? kwintesencja mojej tkwi w dobrych, bliskich duszkach. ma niezależność mocna mymi przyjaciółmi. dziękuję.
Wednesday, December 19, 2007
squot dinner
zaproszenie na kolację do mari. mieszka po drugiej stronie miasta z wesołą brygadą. docieram po 8ej. poznaję 50cio-letnią mamę juliana - przyjechała z canady żeby pobyć z synem i czuje się na squocie jak ryba w wodzie. zaczynają się pogaduchy, a ja cieszę się, że in english. pierwszym daniem jest zupa mari z prażonym słonecznikiem. arturo znika w kuchni i nie wychodzi przez kolejne dwie godziny. jeśli gotowanie jest zbyt intensywne (plus muza, i pralka, i światło,..), tracimy całą elektryczność (jest podprowadzona mało-legalnie). pierwsze butelki wina. pies jeden lub trzy, bo ludzie wchodzą i wychodzą. arturo serwuje boskie kabaczki rozpływające się w ustach. mama juliana chce go na swojego szefa kuchni - arturo tylko się uśmiecha i znika. talerze wyłaniają się z kuchni i wędrują z rąk do rąk (a rąk 24). kolejne butelki wina. julian jest bohaterem numer jeden - mama jest z niego cholernie dumna; julian jest doprawdy hard-core'owym punkiem z masą dziwnych doświadczeń, więc jest to urocze. na deser mamy placek marchwiowy made by mari i cała masę dobroci ze skippingu. wszystkie brzuszki pełne, więc pozostaje gadać. koło 2ej stwierdzamy z marko, że czas do domu. ściskamy mamę, a ona życzy nam wesołych świat, dodając, że oni mają świata codziennie. i myślę o naszym pustym talerzu przy stole wigilijnym czekającym na gościa. w zetknięciu z taką gościnnością prezentuje się dość miernie - wczorajszego wieczoru nie było miejsca na stole na puste talerze.
Monday, December 17, 2007
długi to był weekend. i bosko leniwie się toczący. kosma dojechał popołudniu. pojedlim, popilim i poszliśmy w miasto. oczywiście na trasie znalazła się la concha, do której mam słabość. przy okazji odwiedzin kosmy była koniecznym punktem zwiedzania. la concha ma bardzo wschodni klimat, a wnętrze wypełnia aromat fajek wodnych, więc kosma powinien poczuć się jak w domu;) pomysłu na spędzenie reszty nocy dostarczył tal. wypiliśmy po północy kawę u chłopaków i wyruszyliśmy na reaggowe party na squocie. bosko się wyhasaliśmy, choć obiektywnie patrząc na poziom imprezy - nie prezentowała się nadzwyczajnie. do wyrka trafiliśmy koło 7ej, więc niedziela zaczęła się późno.. uciekło nam sporo czasu, gdy usiłowaliśmy powrócić do stanu aktywności. a jak już powróciliśmy (po podniesieniu się z wyrka ok16ej), wiedzieliśmy, że raczej szybko nie zaśniemy. pozostało wyruszyć w miasto;) więc kolejna z ulubionych knajp (nadal nie wiem jak się nazywa..) piwo sprzedawane na rambli skonsumowane nad morzem i po raz kolejny za-późny powrót na chatkę. całe dwa wieczory wypełnione intensywnym gadaniem, wyśmienitym, rozpieszczającym formą i treścią. prześmieszna była reflexja, że kosma wylądował w słonecznej hiszpanii, a wyjedzie przekonany, że tu nigdy nie świeci słońce - wychodziliśmy z chatki po zmroku. zebrał się dziś rano (hiszpańskie rano - po 10ej) i "zwiedził" barcelonę w trzy godziny. kilka godzin i ląduje w marrakeshu - za kilka dni będziemy mogli sobie pomachać z dwóch kontynentów.
Saturday, December 15, 2007
rosin murphy
14ty grudnia spędzony w towarzystwie rosin i jej głosu. miejsce nie za duże, just-w-sam-raz, więc stojąc na końcu sali na małym podwyższeniu mogłam podziwiać rosin w całej jej okazałości (sovah, wspominam twoje foty bjork przy okazji;). a sama rosin ukazuje się w obcisłym, białym topie z "let me know". później zmienia tylko nakrycia głowy, okulary, pelerynki, itp, więc generalnie występuje w obcisłych spodniach i topie, czarno-biało. a wygląda i tak świetnie. kolory są wokół, w światłach, wizualizacjach. chciałam ją zobaczyć, bo jest bestią sceniczną. prowokuje publiczność do granic rozpinając bluzę. bo jak ona to robi! zmienia przeznaczenie funkcjonalne krzesła tak, że zaczynasz się zastanawiać dlaczego ludzie wykorzystują je do siedzenia. wystarczają jej małe gesty, oszczędne ruchy, krótkie spojrzenia skierowane w tłum. jest tak swobodna na scenie, że pozwala sobie na bycie śmieszną, zabawną (beret z "let me know" założony na twarz, co pozwala rosin na granie ciałem pozbawionym mimiki - przekomiczne). i dużo nowej płyty - muszę się w nią wsłuchać, bo tęskniłam za poprzednią..Thursday, December 13, 2007
jak bardzo można zawieść się na drugim człowieku? nie wiem, czy kiedykolwiek przeszłam taką lekcję, jak w ciągu kilku ostatnich dni. jasne, że to nie przyjaźń ciągnąca się przez kilka lat, ale wydawało się, że coś dzielimy. a z dnia na dzień zostałam zapomniana, nie ma mnie w czyimś życiu. czuję się jakbym krzyczała z wnętrza szklanej kuli i nikt mnie nie słyszał. nie istnieję. a wszystkie poprzednie wspólne chwile wydają się wycieczką do cyrku, ale ciemniejszego niż "carnivale". nie wiesz gdzie kończy się prawda, a gdzie zaczyna fałsz. jeśli takie granice tam (tam?) istnieją. jawa miesza się ze snem. a wszystko i tak opiera się na kłamstwie. tylko nikt nie ma odwagi tego powiedzieć głośno. wszyscy chowają się za lustrami, maskami klaunów, monstrami. nigdzie nie można znaleźć zwykłej twarzy. nie znam motywacji, myśli, uczuć, pragnień. nic nie rozumiem.
Saturday, December 8, 2007
Wednesday, December 5, 2007
busy diciembre
jutro przylatuje brat:) więc robię sobie wolne od wszystkiego i będę się z nim szwendać po mieście. przed jego wylotem spędzamy jeden dzień w gironie, ja może przedłużę wypad o muzeum daliego. póżniej tydzień wytężonej pracy, żeby jak najwięcej rzeczy pchnąć przed świętami - bo święta w granadzie:) po powrocie do barcelony, będę miała czas na wyspanie się, bo już chwilę później zlatuje pest, i kolejni. ponad tydzień wśród ludzi nie widzianych od dawna lub dawniej. chcę, żeby było intensywnie i tłoczno, głośno i duszno, bez wystarczającej ilości snu, a z nadmiarem alkoholu. wiem, że mnie to zmęczy okrutnie, ale potrzebuję takiej intensywności z bliskimi. szwendania się nocą wśród chłodnych kamienic barcelony i gadania do rana. oglądania świtu.
Saturday, December 1, 2007
sobota 12:30
dzień zaczął się wolno, leniwie. świeci słońce. nie mieszkamy w centrum, na obrzeżach. posiadanie broni jest nielegalne. leżę w wyrku i czytam wittgensteina, bo czeka mnie napisanie pracy. tu zawsze jest głośno i wszyscy wrzeszczą, więc słysząc nagły huk (razy kilka), myślisz, że tym razem dzieciaki bawią się nieco radośniej. a chwilę później okazuje się, że w barze naprzeciwko odbyła się strzelanina. nie tylko odbyła się, ale gdy stanęliśmy w oknach, miała swój ciąg dalszy.. dzieli nas 100m. kurwa. pierwszy raz. słysząc ten huk z tak małej odległości i znając źródło pochodzenia - serce staje w gardle. albo w ogóle staje. niewiele widać, bo gałęzie. ktoś leży. inni uciekają. widzę przez moment jak mężczyzna chowa broń za pasek. to jakaś-tam ulica. mały, obskurny bar. siedzą w nim sami lokalni. i zaczynasz się zastanawiać, czy to znaczy, że kiedyś zdarzyło ci się stać w tej samej kolejce z kimś, kto miał broń; albo rano jechać z kimś "uzbrojonym" w busie?..
Friday, November 23, 2007
Wednesday, November 21, 2007
2dzieścia
mamy znowu 20cia stopni:] jest bosko przyjemnie, żadna część ciała nie narzeka na za-niską temperaturę. teraz poproszę wszystkie duszki uwielbiające święta bożego narodzenia ukryte pod śnieżną kołderką o zatkanie uszków (zawsze pisząc czuję się bardziej werbalna, niż wizualna).. doprawdy przyjemnie jest szwendać się wśród świątecznych ozdób (tego, że są za wcześnie nie komentuję) w jednej bluzie, bez obawy, że coś się odmrozi i odpadnie; no i będzie dość bolesne. święta niekoniecznie muszą prezentować się w kreacji "krąg polarny 2007". tym bardziej, że jakiś nadzwyczajnie skąpanych w śniegu świąt już od jakiegoś czasu nie pamiętam. więc, obym jak najdłużej cieszyła się pogodą porównywalną do naszej (i zawsze wkrada się takie "nasze") wczesnej jesieni. a żeby nie idealizować - dzięki tym 20tu stopniom mam nadzieję dotrwać do przyjazdu miquela z moim czerwonym kubraczkiem; wtedy może mrozić..
Tuesday, November 20, 2007
Sunday, November 18, 2007
co jeszcze? zdecydowałam się na wizytę w zakładzie fryzjerskim. odwlekałam to ze względu na barierę językową. ale w końcu zarosłam i nie było odwrotu. wytłumaczyłam czego pragnę po hiszpańsku i mając nadzieję, że bardziej się zrozumieliśmy niż nie - oddałam się w ręce (paznokcie z lakierem - neutralny beż) fryzjera. udało się - wróciłam do "półgłówka", czuję się świetnie.
w czwartek odwiedziłam judith, zaproszona na kolację. jest hiszpanką, która przyjeżdża do domu przepakować się - ostatnie prawie trzy lata spędziła na wolontariacie (chiny, canada, szwecja, belgia). zakładałam, że spędzamy spokojny wieczór przegryzając coś. a na miejscu czekała na nas (była też judith made in germany) cała rodzina i zastawiony stół, i rodzice mówiący tylko po hiszpańsku. więc pogimnastykowałam się lingwistycznie, z pewnymi sukcesami. wieczór wyśmienity, cholernie mili ludzie. mama, gdy odkryła, że lubię migdały, wsypała mi w kieszenie kilka garści. cóż, mniam:)
i coraz dzielniej przebywam kompromitujące sytuacje. dotąd inigo pożyczał mi swoją opaskę na basen, dzięki czemu nie płaciłam nic (czyli to, co tygryski lubią najbardziej, zaraz po samym pływaniu). co prawda, ostatnio zmieniał konto i obawiał się, że w pewnym momencie zablokują wejścia jako nie-opłacone. no i stało się - nie weszłam, a przy tej okazji służby odkryły, że nie wyglądam na "inigo". więc pani wrzeszczy do/na mnie: "to twoje?! nie!? to inigo?!". rety: "si, si, tranquila".. więc zbieram zabawki i wychodzę. muszę znaleźć jakiś inny tani zbiornik wodny;)
w czwartek odwiedziłam judith, zaproszona na kolację. jest hiszpanką, która przyjeżdża do domu przepakować się - ostatnie prawie trzy lata spędziła na wolontariacie (chiny, canada, szwecja, belgia). zakładałam, że spędzamy spokojny wieczór przegryzając coś. a na miejscu czekała na nas (była też judith made in germany) cała rodzina i zastawiony stół, i rodzice mówiący tylko po hiszpańsku. więc pogimnastykowałam się lingwistycznie, z pewnymi sukcesami. wieczór wyśmienity, cholernie mili ludzie. mama, gdy odkryła, że lubię migdały, wsypała mi w kieszenie kilka garści. cóż, mniam:)
i coraz dzielniej przebywam kompromitujące sytuacje. dotąd inigo pożyczał mi swoją opaskę na basen, dzięki czemu nie płaciłam nic (czyli to, co tygryski lubią najbardziej, zaraz po samym pływaniu). co prawda, ostatnio zmieniał konto i obawiał się, że w pewnym momencie zablokują wejścia jako nie-opłacone. no i stało się - nie weszłam, a przy tej okazji służby odkryły, że nie wyglądam na "inigo". więc pani wrzeszczy do/na mnie: "to twoje?! nie!? to inigo?!". rety: "si, si, tranquila".. więc zbieram zabawki i wychodzę. muszę znaleźć jakiś inny tani zbiornik wodny;)
Saturday, November 17, 2007
co się ostatnio działo? miasto stało się mniejsze, przytulniejsze. wracając z jakiegoś drinka małymi uliczkami niedaleko rambli, spotkało mnie znajome spojrzenie; ale niezidentyfikowane.. więc podchodzę do chłopca i pytam skąd się znamy. na co jego kumpel wybucha śmiechem "on spytał o to samo". okazało się, że przegadaliśmy godzinę na spotkaniu studentów filozofii. spotkanie przypadkowe, niezobowiązujące. ale dzięki takim spotkaniom, przegadanym piętnastu minutom, miasto wypełnia się, nęci, że za następnym zakrętem też się kogoś spotka.
spędzam święta bożego narodzenia w granadzie:] dzięki gościnności gaby i możliwości znalezienia jeszcze dość tanich lotów. bosko, miasto jest podobno piękne, a ja na chwile opuszczę barcelonę. a już chwilę później wyściskam przynajmniej sonię i michała (co już jest wyśmienite) w noc sylwestrową, mam nadzieję, że pozostali też ruszą dupcie.
zabawne jak szybko po oswojeniu się z miastem przychodzi chęć przedłużenia pobytu w nim..
spędzam święta bożego narodzenia w granadzie:] dzięki gościnności gaby i możliwości znalezienia jeszcze dość tanich lotów. bosko, miasto jest podobno piękne, a ja na chwile opuszczę barcelonę. a już chwilę później wyściskam przynajmniej sonię i michała (co już jest wyśmienite) w noc sylwestrową, mam nadzieję, że pozostali też ruszą dupcie.
zabawne jak szybko po oswojeniu się z miastem przychodzi chęć przedłużenia pobytu w nim..
Friday, November 9, 2007
rowerowy niebyt
zrób statement w stylu "polubiłam się z miastem" i co się dzieje? ukradli mi rower.. jak co dzień wyglądam za okno sprawdzając (jasne, że się tego spodziewałam, ale trochę później), a tam - NIC, roweru brak, rowerowy niebyt. a już się nawet przyzwyczaiłam, że hamulce nie działają. zawsze dzieje się to samo, tylko tutaj ukradli mi 240zł, a nie wrocławskie 100. cholera, jeżdżę busem..
Wednesday, November 7, 2007
i polubiłam się z miastem
zabrało mi to dwa miesiące. poszło tym razem powoli i opornie. należy w przyszłości się tym zająć i zredukować proces aklimatyzacji do dwóch tygodni;) ale w końcu czuję się w barcelonie jak na swoim miejscu. mijam swoje kąty, dojeżdżam rowerem na zajęcia, mam do kogo zadzwonić jeśli wieczór zapowiada się długi. jest chłodniej, światło jest ostre, świetnie kładzie się na kamienicach. cierpiałam na brak ludzi, a teraz brakuje dni w tygodniu, jeśli chciałoby się z wszystkimi przegadać kilka godzin. poza tym, nie należy zapominać, że należałoby tu trochę postudiować (z tym na pewno się nie wyrabiam). a ludziki ze stron różnych, więc przychodzi mi czasem dukać po hiszpańsku. poza tym na chatce też dukać zaczęłam. może jeszcze się trochę hiszpańskiego nauczę. i buziakuję w dwa policzki;)
a gdyby jeszcze się złożyło kilka pysków wyściskać przy okazji sylwestra - byłoby bosko:)
a gdyby jeszcze się złożyło kilka pysków wyściskać przy okazji sylwestra - byłoby bosko:)
Sunday, October 28, 2007
erasmus trip
wypad za miasto z erasmusami dobiegł końca. nie muszę chyba wspominać, żem temu rada;) sobotę zaczęliśmy wyprawą na montserrat. pogoda dopisała, górki śliczne. mankamenty to wędrowanie w kolejce (nasz grupa liczyła około trzydziestki osób) i powtarzanie tej samej konwersacji jak pacierza: skąd jesteś? co robisz w bcn? podoba ci się miasto? znasz już dużo ludzi? w polsce chyba teraz zimno? a później niektórzy się dziwią, że na tym poziomie jestem już całkiem sprawna w hiszpańskim.. więc na szczycie bosko było pobyć samej i przestać się integrować.


wieczorem oczywiście fiesta, czyli to co tygryski-erasmusy lubią najbardziej. wszyscy porobili sie alkoholem i wybrali do miasta. około pierwszej stwierdziłam, że mam dosyć fiesty i powrócę do hostelu. tak zrobiłam i się zgubiłam.. muszę przyznać, że zimny pot wystąpił na czoło: środek nocy w obcym mieście. pytałam napotkanych ludzików, ale nikt nie był pewien gdzie powinnam iść. sytuacja nie była beznadziejna, bo miałam namiary na kilku ludzików, ale gdy się nie wie gdzie się jest, w czym pomoże info z adresem.. koniec-końców wróciłam do knajpy, tyle byłam w stanie zrobić. a tam przed wejściem zbierali się ludzie wracający do hostelu:) więc powróciłam.
w niedzielę wszyscy umierali (większość kontynuowała noc w jakiejś tańcbudzie). powędrowaliśmy po manresie, która nie jest nadzwyczajnie urokliwym miastem.. dziś już rozmowy się toczyły nieco inaczej (łatwo się domyślić, że po wczorajszym wieczorze mieliśmy już dziś jedną parę..), aczkolwiek czy były ciekawsze? mi towarzystwa dotrzymywała młodziutka carina i jose, który jest przypadkiem szczególnym (i szczególnie radosnym): mexykanin mówiący odrobinę po polsku, bo trzy lata temu mieszkal przez pół roku we wroclawiu:) no comment..


w niedzielę wszyscy umierali (większość kontynuowała noc w jakiejś tańcbudzie). powędrowaliśmy po manresie, która nie jest nadzwyczajnie urokliwym miastem.. dziś już rozmowy się toczyły nieco inaczej (łatwo się domyślić, że po wczorajszym wieczorze mieliśmy już dziś jedną parę..), aczkolwiek czy były ciekawsze? mi towarzystwa dotrzymywała młodziutka carina i jose, który jest przypadkiem szczególnym (i szczególnie radosnym): mexykanin mówiący odrobinę po polsku, bo trzy lata temu mieszkal przez pół roku we wroclawiu:) no comment..
Monday, October 22, 2007
pszczółka maja

byłam przekonana, że maja jest czeszką. w końcu w dzieciństwie karmili nas produkcjami rosyjskimi/ czeskimi/słowackimi; koprodukcje były oczywiście mile widziane. a maja ma korzenie austriacko-japońsko-kanadyjskie - kto by się spodziewał? mało tego, nasi hiszpańscy rówieśnicy wychowywali się na maji. nawet song ma tą samą melodię. więc gdy ostatnio na spotkaniu ze studentami filozofii wymienialiśmy majowe piosenki w ojczystych językach, mari (finland) zareagowała: "oh! maja, the bee?!". yah, dzieci w finlandii też poznały maję:) wygląda na to, że maja leży u podstaw wspólnoty europejskiej..
spotkanie studentów filozofii w piątek. ludziki, które ze mną kiedyś studiowały, zrozumieją moje zdumienie - przyszło ponad trzydzieści osób. wszyscy bez marudzenia (choć nie szybko, ale to już przypadłość hiszpanów, niekoniecznie studentów filozofii) zasiedli w chińskiej restauracji, gdzie zajadali i dążyli do upojenia. oczywiście wrzaskom i śpiewom nie było końca (nie mogę się nadal przyzwyczaić do natężenia dźwięków..). z zagranicznych byłam tylko ja, mari (finland) i marko (italy), więc tylko trójka uczestników miewała zdezorientowane miny..
poznałam też ludzików z senegalu. jadłam już z chłopakami ze wspólnych mis, więc pierwsze lody zostały przełamane;) bardzo otwarta chatka, gdzie czas chyba dobrze umyka. i co dla mnie cholernie ważne - zaczęłam dukać po hiszpańsku (chyba po ponad miesiącu pobytu tutaj nie powinnam się tym chwalić..). faktycznie przy okazji tych różnych event'ów byłam skazana na ludzi mówiących wyłącznie po hiszpańsku (a przynajmniej nie po angielsku) i zostałam przyparta do muru. po kilku godzinach rozmowa dalej się ciągnęła (moją główną kwestią jest:"mas lento, por favor!") i udało mi się, koniec-końców, coś przekazać. muszę jeszcze wprowadzić drastyczne lingwistyczne zmiany na chatce..
ah, i mały sukces! w końcu udało mi się zapisać na zajęcia. musiałam skompletować stertę podpisanych papierów (co oznacza bieganie za tymi podpisami i sterczenie pod gabinetami, kiedy nikt, cholera, nie przychodzi na swoje godziny konsultacji..). później kolejne gabinety, kolejni ludzie zadający pytania w obcym języku. i udało się:) dostałam numerki, których potrzebuję, żeby mieć dostęp do biblioteki (tak jakbym miała korzystać z licznych hiszpańsko-języcznych zbiorów..) i materiałów uniwerku na necie. poza tym czerwony plecak special for erasmus students. wiemy dobrze, że mam do czerwieni słabość.. ale przede wszystkim jest to kolor ostrzegawczy, już w świecie zwierzątek. a oni rozdają nam czerwone plecaki - "uwaga! student z zagranicy!"
spotkanie studentów filozofii w piątek. ludziki, które ze mną kiedyś studiowały, zrozumieją moje zdumienie - przyszło ponad trzydzieści osób. wszyscy bez marudzenia (choć nie szybko, ale to już przypadłość hiszpanów, niekoniecznie studentów filozofii) zasiedli w chińskiej restauracji, gdzie zajadali i dążyli do upojenia. oczywiście wrzaskom i śpiewom nie było końca (nie mogę się nadal przyzwyczaić do natężenia dźwięków..). z zagranicznych byłam tylko ja, mari (finland) i marko (italy), więc tylko trójka uczestników miewała zdezorientowane miny..
poznałam też ludzików z senegalu. jadłam już z chłopakami ze wspólnych mis, więc pierwsze lody zostały przełamane;) bardzo otwarta chatka, gdzie czas chyba dobrze umyka. i co dla mnie cholernie ważne - zaczęłam dukać po hiszpańsku (chyba po ponad miesiącu pobytu tutaj nie powinnam się tym chwalić..). faktycznie przy okazji tych różnych event'ów byłam skazana na ludzi mówiących wyłącznie po hiszpańsku (a przynajmniej nie po angielsku) i zostałam przyparta do muru. po kilku godzinach rozmowa dalej się ciągnęła (moją główną kwestią jest:"mas lento, por favor!") i udało mi się, koniec-końców, coś przekazać. muszę jeszcze wprowadzić drastyczne lingwistyczne zmiany na chatce..
ah, i mały sukces! w końcu udało mi się zapisać na zajęcia. musiałam skompletować stertę podpisanych papierów (co oznacza bieganie za tymi podpisami i sterczenie pod gabinetami, kiedy nikt, cholera, nie przychodzi na swoje godziny konsultacji..). później kolejne gabinety, kolejni ludzie zadający pytania w obcym języku. i udało się:) dostałam numerki, których potrzebuję, żeby mieć dostęp do biblioteki (tak jakbym miała korzystać z licznych hiszpańsko-języcznych zbiorów..) i materiałów uniwerku na necie. poza tym czerwony plecak special for erasmus students. wiemy dobrze, że mam do czerwieni słabość.. ale przede wszystkim jest to kolor ostrzegawczy, już w świecie zwierzątek. a oni rozdają nam czerwone plecaki - "uwaga! student z zagranicy!"
Sunday, October 14, 2007
polska jesień
chyba jest coś w sposobie funkcjonowania polaka (?), że w okolicach września, na przełomie września i października dopada nas spadek energii, motywacji, chęci. nie koniecznie jest to związane z jakimiś konkretnymi zdarzeniami; jasne, jest to koniec lata i mogą się spiętrzyć jakieś wydarzenia, ale nie jest to konieczne. dopada nas jesienna deprecha. jeśli przynajmniej spędza się ten czas na ojczystej ziemi (z moich doświadczeń wynika, że szkocja też się do tego wyśmienicie nadaje..) - nastrój koresponduje z pogodą. wydaje się, że naturalnie podążamy za wytycznymi matki natury. świat wokół szarzeje, więc łatwiej przełknąć fakt, że subiektywny odbiór tym bardziej. skoro noc robi się dłuższa, dłużej się chce z niej korzystać, a przejawianie jakiejkolwiek aktywności wydaje się nieuzasadnione. problem pojawia się, gdy czas polskiej jesieni spędza się w słonecznej barcelonie - zetknięcie takiego kontrastu zgrzyta. nie dość, że pogoda ma się wyśmienicie, hiszpanie również. dopada wtedy polskość i choć można kręcić nosem na ojczyste tradycje i zwyczaje, człowiek czuje się silnie i niewygodnie związany z miejscem spadających liści i błota..
Wednesday, October 10, 2007
Monday, October 8, 2007
Saturday, October 6, 2007
Subscribe to:
Comments (Atom)













