wypad za miasto z erasmusami dobiegł końca. nie muszę chyba wspominać, żem temu rada;) sobotę zaczęliśmy wyprawą na montserrat. pogoda dopisała, górki śliczne. mankamenty to wędrowanie w kolejce (nasz grupa liczyła około trzydziestki osób) i powtarzanie tej samej konwersacji jak pacierza: skąd jesteś? co robisz w bcn? podoba ci się miasto? znasz już dużo ludzi? w polsce chyba teraz zimno? a później niektórzy się dziwią, że na tym poziomie jestem już całkiem sprawna w hiszpańskim.. więc na szczycie bosko było pobyć samej i przestać się integrować.


wieczorem oczywiście fiesta, czyli to co tygryski-erasmusy lubią najbardziej. wszyscy porobili sie alkoholem i wybrali do miasta. około pierwszej stwierdziłam, że mam dosyć fiesty i powrócę do hostelu. tak zrobiłam i się zgubiłam.. muszę przyznać, że zimny pot wystąpił na czoło: środek nocy w obcym mieście. pytałam napotkanych ludzików, ale nikt nie był pewien gdzie powinnam iść. sytuacja nie była beznadziejna, bo miałam namiary na kilku ludzików, ale gdy się nie wie gdzie się jest, w czym pomoże info z adresem.. koniec-końców wróciłam do knajpy, tyle byłam w stanie zrobić. a tam przed wejściem zbierali się ludzie wracający do hostelu:) więc powróciłam.
w niedzielę wszyscy umierali (większość kontynuowała noc w jakiejś tańcbudzie). powędrowaliśmy po manresie, która nie jest nadzwyczajnie urokliwym miastem.. dziś już rozmowy się toczyły nieco inaczej (łatwo się domyślić, że po wczorajszym wieczorze mieliśmy już dziś jedną parę..), aczkolwiek czy były ciekawsze? mi towarzystwa dotrzymywała młodziutka carina i jose, który jest przypadkiem szczególnym (i szczególnie radosnym): mexykanin mówiący odrobinę po polsku, bo trzy lata temu mieszkal przez pół roku we wroclawiu:) no comment..


w niedzielę wszyscy umierali (większość kontynuowała noc w jakiejś tańcbudzie). powędrowaliśmy po manresie, która nie jest nadzwyczajnie urokliwym miastem.. dziś już rozmowy się toczyły nieco inaczej (łatwo się domyślić, że po wczorajszym wieczorze mieliśmy już dziś jedną parę..), aczkolwiek czy były ciekawsze? mi towarzystwa dotrzymywała młodziutka carina i jose, który jest przypadkiem szczególnym (i szczególnie radosnym): mexykanin mówiący odrobinę po polsku, bo trzy lata temu mieszkal przez pół roku we wroclawiu:) no comment..
No comments:
Post a Comment