całe dzieciństwo broniłam się przed mixturą składającą się z mleka, czosnku, miodu, czasem masła. wdaje mi się ona wyjątkowo babciowa, ale chyba nie spędzałam aż tak dużo czasu u dziadków, więc mamasza też musiała mnie tym czasem poić. potem wyprowadziłam się z rodzinnego i chorując byłam skazana sama-na-siebie. w desperacji człowiek próbuje wszystkiego - czasy świetności mleka z czosnkiem powróciły (jednak, na szczęście, syrop z cebuli został głęboko schowany w zakamarkach nie-pamieci). jak już wspominałam, rozchorowałam się nieźle, więc zaczęłam stosować starą kurację: grejpfrut (zwyczaj celebrowany ku pamięci tomasza) oraz milk'n'garlic. gdy przygotowywałam miksturę, alex patrzył na mnie podejrzliwie: "it's quite weird, you know pia, right?" - "ya, ya, i know..", ale już prawie przeszło:)
Friday, September 28, 2007
Tuesday, September 25, 2007
mięsista
ok, wpadłam w przedwczesną-nieuzasadnioną-naiwną euforię. czas się przyznać, że nic się nie zmieniło: roweru jak nie było, tak nie ma; praca prawdopodobnie zostanie mi sprzątnięta sprzed nosa; przede mną przetłumaczenie (bo czytaniem tego nazwać nie można) księgi z antropologii; korzystanie z uroków klimatyzacji przyprawiło mnie o cieknący nos i pękającą czaszkę.. jestem więc pogrążona głęboko w mięsistej dupie..
to jest barcelońskie metro, a nie żadne cholerne światełko w tunelu..
Sunday, September 23, 2007
ace of base
za pierwszym razem myślałam, że to jakiś hiszpański sentyment do starych hiciorów. moment później zaczęło mnie zastanawiać dlaczego codziennie w radio wybrzmiewa conajmniej jeden kawałek ace of base. w dodatku jest to wyłącznie ich przywilej. poza ich utworami, lata 80' i 90' zostały zapomniane. a ace of base cieszy się takim zainteresowaniem. can anybody explain me why?
Friday, September 21, 2007
praca, praca, praca

dziś dzień testu. odwiedziłam babeczkę, która szuka ludzi robiących dready do salonu fryzjerskiego. miałam dziś dokręcić jej dready, żeby zobaczyła jak się sprawuję. wspomnę o pierwszym wrażeniu jakiego doznałam, gdy wylądowałam w jej mieszkaniu - judi zajmuje poddasze sześciopiętrowej kamienicy ze sporym tarasem - bosko. popracowałam dwie godziny, w czasie których oglądałyśmy jakiś film prosto z glasgow (ah, ten szkocki akcent..). gdy skończyłam, była na tyle zadowolona, że wzięła wszystkie namiary na mnie. ma się zorientować jak zorganizować moje pojawienie się w salonie, po czym odezwać. rety, byłoby bosko. praca nie kolidowałaby z moimi zajęciami, bo na dready i tak wszyscy się umawiają. w salonie jest bardzo międzynarodowa ekipa, a sam salon w centrum miasta. i później w cv'ce mogłabym chwalić się profesjonanym kręceniem dredów (which is very international and pretty well paid in britain). a co najważniejsze (oczywiście, wcześniej szukałam pracy w hotelach): bez uniformów, bez napkinów na kolanka, bez "keep smiling" i tej potulności czterogwiazdkowych hoteli :] ahh. oby!
Thursday, September 20, 2007
jacqueline anne

zaspana zasiadłam w sali, gdzie miały się odbywać zajęcia z modernistycznej literatury angielskiej. i nagle pojawiła się ona. kobieta koło pięćdziesiątki, szczupła, wysoka. ma zupełnie siwe, kręcone kędziorki spięte w luźny supeł. te włosy są zupełnym hitem. poza tym, miała na sobie tylko luźną lnianą sukienkę. zupełnie zjawiskowa. a później zaczęła mówić. i to wszystko tak świetnie współgra. ona nie tylko opowiada o twórczości wirgini woolf. jest się przekonanym, że nieraz spacerowała z wirginią pod rękę (najchętniej widziałoby się je razem na zielonych pagórkach anglii, wśród owiec..). więc pozostaje spijać słowa.
Wednesday, September 19, 2007
zapomniałam dodać, że moja sąsiadka biorąc prysznic o północy śpiewa. kąpie się dość długo i mam wrażenie, że za każdym razem jest to ten sam song (ale pewności nie mam - śpiewa en espanol). poza tym śnię w hiszpańskim. tyle, że śnię obcokrajowców dukacjących w tym obcym dla siebie języku. są to kwestie, które jestem w stanie ogarnąć (a nie żadne korzystanie z uniwersalnego umysłu; sciskam, mamo:). nie pamiętam żadnego mówiącego hiszpana. wygląda na to, że nawet w nocy się uczę;)
Tuesday, September 18, 2007
universitat de barcelona
w czasie weekendu zaznałam tutejszego wieczornego wychodzenia. tucha zabrała nas na podmiejskie rave-party. po dość długich harcach powróciłam do chatki o 9ej rano. a kondycja już nie ta..
w sobote też zaczęła się nowela brazylijsko (czytaj: alex) - hiszpańska (czytaj: inigo). chłopcy o coś się posprzeczali, ale w tym odcinku skończyło się na ciszy. w niedzielę jedliśmy już wspólny obiad. niestety, wczoraj odbył się ciąg dalszy. inigo pojechał na lotnisko odebrać swojego ex, który przyjezdzał na holidays już ze swym nowym, zreszta (chodziło o odebranie z lotniska w obcym kraju i podwiezienie do hotelu..). alex wpadł we wściekłą zazdrość, zrobił scenę i wyszedł. konsekwencje byly poważniejsze - spanie w salonie (alexa, nie moje, na szczeście). jeszcze ich dziś nie widziałam, więc nie wiem jaka jest sytuacja. mam nadzieję, że się gdzieś jednają.
wczoraj zaczęłam zajęcia na universitat de barcelona. plan był taki: jak najmniej zajeć po hiszpańsku, tylko to co konieczne, a to głównie filozofia; resztą ratuję się na wydziale anglistyki. plan nie pomogł mi uniknąć strasznego stresu - stwierdziłam, że nie będę w stanie wytłumaczyć prowadzącym, co tam robię i kim jestem.. reflexsja z tej okazji: świetnym remedium na stres jest myślenie o sexie (w trakcie oczekiwania najgorszego; nie rozpraszajcie się czasem w kulminacujnym momencie..). zajęcia z filozofii faktycznie będą hard-corem, ale mogę robić zalicznie in english, albo przygotują mi coś extra (czytaj: opcję dla ciężkiego przypadku mówiącego un poco). poza tym, na angielskiej szykuje się sporo ciekawego na wprowadzeniu do kultur post-kolonialnych. babka ma wyśmienite brytujskie poczucie humoru, which i love. no i w konsekwencji ułożenia planu zajęć - środy i piątki całe wolne:) pozostaje znaleźć tą cholerną pracę..

to też niestety barcelona i sporo jej takiej..
Thursday, September 13, 2007
troche out-of-date bedzie. we wtorek katalonczycy mieli swieto narodowe. cala barcelona tonela we flagach. poczulismy zew turysty i zdecydowalismy sie na ogladniecie narodowej manifestacji. okazalo sie, ze nie zamierzaja nawet nigdzie maszerowac (coz, nie z wlasnej winy spodziewamy sie czasem pochodow, czolgow ugniatajacych beton..). cala sprawa ograniczyla sie do tego, ze ludzie przystrojeni pelerynkami z flag szwendali sie z-miejsca-na-miejsce i gadali. taka dawka egzotyki nas nieco zmeczyla, wiec postanowilismy oddac sie ojczystej tradycji - spedzilismy popoludnie popijajac wino w parku. jaki kraj, taki obyczaj..
Wednesday, September 12, 2007
Monday, September 10, 2007
Thursday, September 6, 2007
mam wrazenie, ze caly czas spedzam na zajeciech z hiszpanskiego. jednoczesnie, postepow nie zauwazylam. ok, to dopiero cztery dni.. przed zajeciami codziennie jest cos do zalatwienia: wizyta na wydziale (ktory nie rozni sie za bardzo od naszych i oczywiscie interesujace mnie wladze maja wolne..), zalatwianie niezbednych papierow do pracy (tam tez bez niespodzianek - kolejki; zaskakuje jedynie to, ze spotyka sie w nich znajomych z liceum; chociaz wlasciwie, czy to jeszcze zaskakuje?..), jakies oplaty, zakupy (bo przeciez nie mam nic..). caly dzien w biegu przy jakiejs kosmicznej duchocie - cale miasto ciezko oddycha.
na zajeciach z hiszpanskiego spedzamy piec godzin. wlasciwie nie mozna ich nazwac intensywnymi, bo robimy niewiele. ale w ciagu ostatniej godziny i tak nie kontaktuje, jestem skonana. a studiowania filozofii en español sobie nie wyobrazam..
Tuesday, September 4, 2007
dzis pierwsza mzawka - niesamowita ulga. ochlodzila me cialo i me nerwy. bardzo niepewnie czuje sie z hiszpanskim, co najwyzej na razie dukam.. kasy okazuje sie jak zwykle za-malo. nadzieja na prace jakas jest, ale czas dzielacy mnie od wyplaty moze byc dlugi.. transport drogi, wiec oczywiscie pojawia sie pomysl rowerka. ale rowerek jest spora nagla inwestycja.. ahh..
dosc marudzenia. z pozytywow - juz w piatek znalazlam lokum. mieszkam u boku pary chlopcow (domek wpada kolorystycznie w roz;). inigo i alex sa przemili. po niedzielnej przeprowadzce nakarmili mnie, zabrali ze soba na pod-barcelonska plaze, gdzie plywalam w cieplusiej wodzie (taa, po doswiadczeniach z norge, jest bosko ciepla), a wieczorem chorkiem krzykneli z salonu: "good night pia!". mieszkanie zapowiada sie przyjemnie, wiec mam juz swoja ostoje - a to sporo:)
poza tym zaczal sie kurs hiszpanskiego dla erasmusowcow. pocieszajace jest to, ze nie tylko ja dukam. niepokojace to, ze wszyscy bardzo entuzjastycznie podchodza do integracji - planuja juz party, kolacje, wyprawy. sa mili, usmiechaja sie i prawie zawsze, sa niemcami;) ale pojawila sie tez finka, ktora zdaje sie to wszystko traktowac z dystansem. moze byc zdrowym, chlodnym brzegiem.
Subscribe to:
Comments (Atom)