Thursday, January 31, 2008

la mudanza

przeprowadzka zakończona powodzeniem. reflaxja, która atakuje agresywnie - jak w tak krótkim czasie można zgromadzić tyle gratów? niby nie mam wiele, a przetransportowanie tego okazało się żmudnym zadaniem. więc już zaczęłam kombinować co wywieźć, a co będzie się nadawało do wyrzucenia już niebawem. przecież nie dam rady powrócić tak obładowana..
zostawiłam chłopców ("we have to meet!" - "yeah, sure") i zamieszkałam z dziewczętami i kotami. reflexja numer dwa - i jak ja przetrwam mieszkanie z hiszpankami? przecież ich nie zrozumiem.. czuję się jakbym wróciła do punktu wyjścia. jest wrzesień, tylko nieco chłodniej (właściwie to sporo chłodniej). niby lingwistycznie czuję się lepiej, ale żeby wyśmienicie?.. będę się martwić za dwa tygodnie, jak.. wrócę z polandowa:]

Monday, January 28, 2008

cementerio trip

długi spacer. stwierdziłam, że czas dogłębnie spenetrować wzgórze montjuic, wycisnąć z niego ostatnie soki, jako, że mieszkam w tej okolicy już tylko przez dni trzy. wcześniej nie widziałam żadnego cmentarza w hiszpanii. na ten trafiłam przypadkiem, po drodze. i muszę przyznać, że się tego nie spodziewałam. z daleka wygląda jak osiedle, pełne bloków w równych rzędach, światło odbija się w "oknach". można wejść, wędrować po kolejnych uliczkach. jeździ tam nawet autobus. jest wielki, pełen zakamarków. i unosi się nad nim przedziwny zapach..

to już nie cmentarz, ma sie rozumieć.

płynie

do prawie tygodnia nie robie nic, a przynamniej nic-konkretnego, nic-zorganizowanego, nic-do-czego-musiałabym-się-zmuszać. czas płynie leniwie, a ja pozwalam się mu unosić. dwa dni spędzone z tomaszem i izą. widzieliśmy sie ostatni raz prawie dwa lata temu w zielonej górze, a teraz spędzali holiday'a z irlandii w barcelonie. więc siedzimy, i gadamy, i łazimy, i gadamy. sobotę przełaziłam w pobliskich górkach. było tego tuptania trochę, ale co najlepsze - grzanie się w styczniu w ciepłym słońcu. i robi się leniwie. a wczoraj odebrałam kolejne, nieco przestrachane erasmusy z wrocławia. popijając piwo bawiłam się w quiz stu pytań dotyczących tego "jak przetrwać w hiszpanii"(szczególnie gdy nie mówi się po hiszpańsku), będąc postrzeganą jako skarbnica niezawodnych odpowiedzi. well.. i kilka odpowiedzi się znalazło. poczułam, że już tu chwilę mieszkam.
za tydzień znajdę się w szarej, zachmurzonej poloni. w miejscu gdzie zaciera się granica między pięknem a brzydotą. w niedogrzanych miejskich środkach transportu pełnych bladych twarzy pozbawionych wyrazu. zawiruję w przepychankach do autobusów. spóźni sie pociąg, który będzie miał mnie zabrać do rodzinnego (i będzie miał nieszczelne okna). w miejscu, gdzie expedientki nie odpowiadają na "dzień dobry", bo nie widzą w dniu nic dobrego. na śródmieściu w środku nocy zaczepi mnie lokalny żulik, a z oddali będą dobiegać rodzinne wrzaski. i już nie mogę się doczekać:)

Friday, January 18, 2008

dobry dzień

wróciła moja passa. a może ja zwróciłam na nią uwagę, bo w końcu podniosłam wzrok znad komputera. stało się dziś sporo dobrego. 1) panie z polskiego biura dowodzenia erasmusem odpisały potwierdzając, że mam zgodę koordynatora na przedłużenie pobytu w barcelonie o kolejny semestr; 2) oddałam ostatnią pisemną prace, z filozofii, po ponad tygodniu spędzonym intensywnie z ludwikiem i martinem; 3) odpisały dziewczyny, że chcą ze mną mieszkać - przy sagrada familia, dwa koty, otwarta chata, dziewczyny będą uczyć się cierpliwości, ja hiszpańskiego; 4) termin przylotu do polandu jest już ustalony z liniami lotniczymi: 3-13ty luty; 5) uczęszczam na kurs hiszpańskiego dla imigrantów ("serio tak tanio?!"), gdzie mam okazję nauczyć się rosyjskiego lub armeńskiego:) i spędzę wiosnę w słonecznej hiszpanii. mhh.

Sunday, January 13, 2008

jeszcze sylwestrowo

duszki wyjechały już jakiś czas temu. pest jako ostatnia zeszłej niedzieli. a ja wsiąkłam w pisanie prac zaliczeniowych. było intensywnie i wyśmienicie. sonia i misiek de polonia, którzy zaaklimatyzowali się na squot'cie u mari, pest de polonia, jaromir de scotia i gaba de granada. czas upłynął nam na spełnianiu wielu "aktywności": szwendaliśmy się nocnie, biesiadowaliśmy, paliliśmy sziszę, leżeliśmy, alkoholizowaliśmy się, oddawaliśmy się absurdalnym rozmowom, i tym mniej absurdalnym też, leniuchowaliśmy, zaśmiewaliśmy się, piknikowaliśmy w parku guell, gotowaliśmy, grzaliśmy się w słońcu, obżeraliśmy się, piliśmy dużo kawy, byliśmy. a byliśmy tak intensywnie razem, że w pewnym momencie wysyłałam wszystkich na zwiedzanie miasta, aby samej znaleźć azyl w ciszy pisania prac. i odetchnąć. jedyne czego mi zabrakło, to intymniejszej chwili z każdym sam-na-sam, rozpłynęliśmy się w grupie. ale był to doprawdy dobry czas. a za zdjęcia całuję rączki pest i jaromirowi.













Tuesday, January 8, 2008

sylwester 2007

noc sylwestrowa. zaczęliśmy wspólną kolacją (oki, pijaństwem też) na chatce. północ zastała nas na plaza espana, gdzie wyśpiewaliśmy wszystkie polskie hity. cóż.. bawiliśmy się przednio;) poza tym byliśmy polonijnym punktem placu i zbieraliśmy, wrzeszcząc i śpiewając, życzenia od innych zaplątanych rodaków. planów nie mieliśmy żadnych, jedynie pragnienie hiszpańskiej, taniej, lokalnej biby. więc weszliśmy do pierwszego napotkanego corner pubu. tam poprosiliśmy o silny, lokalny popitek. po pertraktacjach (proponowali nam baileysa..), właściciel zniknął w magazynie i wyłonił się ponownie z butelczyną bez etykiety:) coś silnego i ziołowego. w międzyczasie, dziewczyny zaczęły bujać na parkiecie, więc obsługa wynosiła stoły, żeby zrobić więcej miejsca. potańcowalim wszyscy, podrywając zasiedziałą rodzinną imprezę. bawiliśmy się wyśmienicie. na koniec właściciel zasiadł z gitarą i grał nam katalońskie songi. co zostało uwiecznione. taa, nasza koordynacja ruchowa i poczucie rytmu już nieco się wyczerpały..