Friday, February 29, 2008

sun in bcn

znowu świeci słońce. jest bosko. rezygnuje się z metra na rzecz spaceru przez miasto. nowy semestr zapowiada się ciekawie. dobre przedmioty (i niewiele ich). można cieszyć się miastem. niedługo morzem. tak zaczął się ten dzień. poniósł mnie przez ulice. uśmiechnięty ryjek. było mi dobrze do tego stopnia, że zapomniałam co się działo ostatnio. jakieś spotkania, bieganie z papierami związanymi z nowym semestrem, monotonia szukania pracy, moje potknięcia o hiszpański. było dobrze. więc wieczorem dostałam maila z info, że nie zdałam examu z literatury angielskiej (w moim przekonaniu był pewniakiem..). i skrzydła opadły. w poniedziałek dowiem się czy jest beznadziejnie, czy uda się to jakoś połatać. równowaga w przyrodzie została zachowana..

calcotada

tradycyjna lokalna wiosenna impreza katalońska. polega głównie na opiekaniu pora (który nie jest porem, ale go skutecznie udaje) na ognisku, aby go jak najbardziej okadzić i umorusać, aby następnie przenieść to na siebie w trakcie jedzenia. samego jedzenia jest z tego niewiele, ale smaczne, gdy wymaziane z sosem. potem następuje właściwa, mięsna wyżerka. w trakcie popijamy winem, choć wypadałoby powiedzieć - wlewamy w siebie wino, gdyż używamy takiej karafki (takiej, czyli patrz - zdjęcia). mi poszło sprawnie;) event udany, między innymi dlatego, że za barceloną, w valls. zamieszczam zdjęcia i ogłaszam konkurs za pięć punktów (bo zadanie do trudnych nie należy) - ilu polaków a ilu kataluńców? co właściwie i tak na jedno wychodzi.. zwycięzca zostanie wylosowany spośród nadesłanych, poprawnych odpowiedzi i zostanie mu wręczona butelka czerwonego katalońskiego wina (bez karafki) w barcelonie (dojazd na koszt własny). powodzenia

Sunday, February 17, 2008

bateryjka

bateryjki zostały naładowane. pobyt we wro należał do wyśmienitych. czas przyjemnie sączył się przez palce. śniadanie zjedzone u kogoś, aby kontynuować obiadem u kogoś innego, dzień kończąc jeszcze gdzieś indziej. wszystko bez pośpiechu, obfite w kawę i pogaduchy. stęskniłam się za duszkami. lubię ich/wasze towarzystwo cholernie. jako wyjeżdżająca dostałam skondensowaną dawkę bycia-razem. jasne więc, że zdarzył się mi moment "przecież mi tu dobrze i chcę zostać", ale wypracował wspólne z "chcę pobyć w barcelonie". nabyłam się z ludkami do tego stopnia, że pewnie jeszcze nieco wiecej/dłużej a zaczęłoby mi się odbijać;) ale było w-sam-raz, mam zapas nowej enegrii. and i'm back in barcelona.