Sunday, October 28, 2007

erasmus trip

wypad za miasto z erasmusami dobiegł końca. nie muszę chyba wspominać, żem temu rada;) sobotę zaczęliśmy wyprawą na montserrat. pogoda dopisała, górki śliczne. mankamenty to wędrowanie w kolejce (nasz grupa liczyła około trzydziestki osób) i powtarzanie tej samej konwersacji jak pacierza: skąd jesteś? co robisz w bcn? podoba ci się miasto? znasz już dużo ludzi? w polsce chyba teraz zimno? a później niektórzy się dziwią, że na tym poziomie jestem już całkiem sprawna w hiszpańskim.. więc na szczycie bosko było pobyć samej i przestać się integrować.wieczorem oczywiście fiesta, czyli to co tygryski-erasmusy lubią najbardziej. wszyscy porobili sie alkoholem i wybrali do miasta. około pierwszej stwierdziłam, że mam dosyć fiesty i powrócę do hostelu. tak zrobiłam i się zgubiłam.. muszę przyznać, że zimny pot wystąpił na czoło: środek nocy w obcym mieście. pytałam napotkanych ludzików, ale nikt nie był pewien gdzie powinnam iść. sytuacja nie była beznadziejna, bo miałam namiary na kilku ludzików, ale gdy się nie wie gdzie się jest, w czym pomoże info z adresem.. koniec-końców wróciłam do knajpy, tyle byłam w stanie zrobić. a tam przed wejściem zbierali się ludzie wracający do hostelu:) więc powróciłam.
w niedzielę wszyscy umierali (większość kontynuowała noc w jakiejś tańcbudzie). powędrowaliśmy po manresie, która nie jest nadzwyczajnie urokliwym miastem.. dziś już rozmowy się toczyły nieco inaczej (łatwo się domyślić, że po wczorajszym wieczorze mieliśmy już dziś jedną parę..), aczkolwiek czy były ciekawsze? mi towarzystwa dotrzymywała młodziutka carina i jose, który jest przypadkiem szczególnym (i szczególnie radosnym): mexykanin mówiący odrobinę po polsku, bo trzy lata temu mieszkal przez pół roku we wroclawiu:) no comment..

Monday, October 22, 2007

pszczółka maja


byłam przekonana, że maja jest czeszką. w końcu w dzieciństwie karmili nas produkcjami rosyjskimi/ czeskimi/słowackimi; koprodukcje były oczywiście mile widziane. a maja ma korzenie austriacko-japońsko-kanadyjskie - kto by się spodziewał? mało tego, nasi hiszpańscy rówieśnicy wychowywali się na maji. nawet song ma tą samą melodię. więc gdy ostatnio na spotkaniu ze studentami filozofii wymienialiśmy majowe piosenki w ojczystych językach, mari (finland) zareagowała: "oh! maja, the bee?!". yah, dzieci w finlandii też poznały maję:) wygląda na to, że maja leży u podstaw wspólnoty europejskiej..

spotkanie studentów filozofii w piątek. ludziki, które ze mną kiedyś studiowały, zrozumieją moje zdumienie - przyszło ponad trzydzieści osób. wszyscy bez marudzenia (choć nie szybko, ale to już przypadłość hiszpanów, niekoniecznie studentów filozofii) zasiedli w chińskiej restauracji, gdzie zajadali i dążyli do upojenia. oczywiście wrzaskom i śpiewom nie było końca (nie mogę się nadal przyzwyczaić do natężenia dźwięków..). z zagranicznych byłam tylko ja, mari (finland) i marko (italy), więc tylko trójka uczestników miewała zdezorientowane miny..

poznałam też ludzików z senegalu. jadłam już z chłopakami ze wspólnych mis, więc pierwsze lody zostały przełamane;) bardzo otwarta chatka, gdzie czas chyba dobrze umyka. i co dla mnie cholernie ważne - zaczęłam dukać po hiszpańsku (chyba po ponad miesiącu pobytu tutaj nie powinnam się tym chwalić..). faktycznie przy okazji tych różnych event'ów byłam skazana na ludzi mówiących wyłącznie po hiszpańsku (a przynajmniej nie po angielsku) i zostałam przyparta do muru. po kilku godzinach rozmowa dalej się ciągnęła (moją główną kwestią jest:"mas lento, por favor!") i udało mi się, koniec-końców, coś przekazać. muszę jeszcze wprowadzić drastyczne lingwistyczne zmiany na chatce..

ah, i mały sukces! w końcu udało mi się zapisać na zajęcia. musiałam skompletować stertę podpisanych papierów (co oznacza bieganie za tymi podpisami i sterczenie pod gabinetami, kiedy nikt, cholera, nie przychodzi na swoje godziny konsultacji..). później kolejne gabinety, kolejni ludzie zadający pytania w obcym języku. i udało się:) dostałam numerki, których potrzebuję, żeby mieć dostęp do biblioteki (tak jakbym miała korzystać z licznych hiszpańsko-języcznych zbiorów..) i materiałów uniwerku na necie. poza tym czerwony plecak special for erasmus students. wiemy dobrze, że mam do czerwieni słabość.. ale przede wszystkim jest to kolor ostrzegawczy, już w świecie zwierzątek. a oni rozdają nam czerwone plecaki - "uwaga! student z zagranicy!"

Sunday, October 14, 2007

polska jesień

chyba jest coś w sposobie funkcjonowania polaka (?), że w okolicach września, na przełomie września i października dopada nas spadek energii, motywacji, chęci. nie koniecznie jest to związane z jakimiś konkretnymi zdarzeniami; jasne, jest to koniec lata i mogą się spiętrzyć jakieś wydarzenia, ale nie jest to konieczne. dopada nas jesienna deprecha. jeśli przynajmniej spędza się ten czas na ojczystej ziemi (z moich doświadczeń wynika, że szkocja też się do tego wyśmienicie nadaje..) - nastrój koresponduje z pogodą. wydaje się, że naturalnie podążamy za wytycznymi matki natury. świat wokół szarzeje, więc łatwiej przełknąć fakt, że subiektywny odbiór tym bardziej. skoro noc robi się dłuższa, dłużej się chce z niej korzystać, a przejawianie jakiejkolwiek aktywności wydaje się nieuzasadnione. problem pojawia się, gdy czas polskiej jesieni spędza się w słonecznej barcelonie - zetknięcie takiego kontrastu zgrzyta. nie dość, że pogoda ma się wyśmienicie, hiszpanie również. dopada wtedy polskość i choć można kręcić nosem na ojczyste tradycje i zwyczaje, człowiek czuje się silnie i niewygodnie związany z miejscem spadających liści i błota..

Monday, October 8, 2007

w barcelonie nadal świeci słońce

Saturday, October 6, 2007

bcn-seeing

sagrada familia

Wednesday, October 3, 2007

miętowo

tęsknię. jestem sama. czuję się sama. wkurza mnie to, bo nie powinnam, bo nie raz już bywałam sama; co więcej, świetnie sobie z tym radziłam; ponieważ lobię swoje towarzystwo. może dlatego, że norwegia wyczerpała limit na samo-bycie? tuż po przyjeździe tutaj czułam, że nie jest to właściwe dla mnie w tym momencie miejsce, że powinnam siedzieć z bliskimi i gadać do rana i być-razem. więc z konieczności zaczęłam się oswajać z miastem. jedno przynajmniej przeczucie okazało się właściwe - mari (finnish girl) faktycznie jest spokojnym brzegiem, na którym znajduje odrobinę zrozumienia.
ale dziś dzień spotkania. jak dobrze będzie gadać i gadać i co najważniejsze - dogadywać się. a jak już prawie wszystko zostanie powiedziane, jak dobrze będzie razem milczeć. i czuć, że jest się z kimś, a nie mija.. i może nawet zwiedzę miasto;) nie chciało mi się samodzielnie przemierzać wszystkich zakamarków. boję się własnego poczucia "po"..