Wednesday, November 28, 2012

niedziela po raz pierwszy


Wyjazd do Ameru - “now you enter the paradise”.  Na takie deklaracje reaguję zazwyczaj dość sceptycznie, ale Amer chyba faktycznie leży gdzieś w jego pobliżu. Razem z  Raju  (dopiero teraz zauważyłam pisemną zbieżność imienia z deklarowanym przez niego rajem) odwiedziłyśmy jego dwie mamy (jakaś zawiła historia z adopcją/pomocą finansową) - chaj i słodycze obowiązkowo dla gości.







Obok fort, do którego zjeżdżają autokary z turystami, a my spokojnie oglądamy okolice z jego tarasu i gadamy z braćmi (czytaj: przekrzykują się wszyscy w Hindi, aż któryś się zorientuje, że warto byłoby coś przetłumaczyć).



Atrakcje w postaci zwierząt na każdym kroku – od świń po słonie (niech miłośnicy świń się nie unoszą, chodzi mi o rozstrzał gabarytów). Jazda na motorze w słońcu po tygodniu siedzenia w biurze. Prawda jest taka, że wszystko by nas cieszyło, oby nie było związane z pracą. Ale dzień faktycznie outdoorowy i przyjemny.




Niepozorny spacer wyprowadził nas nad świątynię nad jeziorem otoczoną wzgórzami. Dookoła Indyjski Chiński mur. Jasne, że lokalna sielanka nie może obejść się bez walającego się plastiku i suszących się krowich placków, kolesi pijących w najlepszym punkcie okolicy, ale to i tak był najlepszy dzień od naszego przyjazdu. No i cisza. Nad Jaipurem bezustannie unosi się hałas, atakuje z każdej strony, nocą tylko nieco się wycisza. W Amerze słyszałam ciszę. 





Żeby w drodze powrotnej odbić się o ścianę dźwięku..

india colling


Trafiłam do Indii, więc blog powrócił. 07.11.12 wylądowałyśmy w Delhi w środku nocy. Miasto nie wita ciepłem i gościnnością. Pierwsze kilka godzin spędziłyśmy w przekonaniu, że wszyscy kłamią, przeczą sobie nawzajem i są przeciwko nam. Na szczęście po dojechaniu do Jaipuru – wyspałyśmy się…

Smakuje mi wszystko. W biurze gotuje Nepalczyk, który informuje nas o obiedzie w zrozumiały dla nas sposób „khana ready” – wszyscy odrobili zadanie domowe;) wegetariański szefu zdominował kuchnię i codziennie jemy wegetariańsko. Gorzej z nową chatką, w której na razie brak filtru do wody i gazu do kuchenki, ale pewnie kiedyś się pojawi (początkowo waletowałyśmy u rodziny Sambhava, gdzie dbała o nas mama, więc niczego nam nie brakowało).

Jaipur znam jak dotąd głównie z okien samochodu/rikszy. Zakurzony, brudny, chaotyczny nie zachwyca, ale i tak codziennie gapię się z okien w drodze do pracy. Miasto bez związku z biurem widuję jedynie wieczorami, już po zmroku. Musi więc mi sporo umykać z kolorytu i życia miasta za dnia. Pozostaje czekać na wolne niedziele (po podliczeniu niedziel do końca lutego 2013 mamy 15 - nie ma więc rewelacji – spędzę w Indiach dwa tygodnie i trochę marca). Już po tygodniu życia w Indiach “have faith and wait” wydaje się główną maxymą tego kraju. Mañana przy tym, co się tu dzieje, to mała niedogodność.

No i święta. Argumentem za tym, że nie da się czegoś załatwić, jest często (lub trafiłyśmy na taki okres) fakt, że jest akurat wolne z powodu takiego lub innego święta. 





13go listopada obchodzono Diwali (nie znaczy to, że wtedy zaczęto je świętować; miasto było rozrywane fajerwerkami w dzień i w nocy na tydzień przed, więc praktycznie od mojego przylotu). Wszystkie budynki spływają światłem i wszystko dudni od explozji. Zgrabny argument: “fajerwerki może nie są ekologiczne, ale wykańczają komary w całym mieście”. Niemal profilaktyka malaryczna. Fakt, że kurz i syf trochę mniej rzuca się w oczy, ale po Diwali wszystko wraca na miejsce. Paradoxem, którego wydają się nie widzieć jest, że przed Diwali wszystko jest drobiazgowo sprzątane (oczyszczenie), by kilka dni później pokryć się pyłem z explozji. 







Przy okazji Diwali dostałam kropkę, ale okazało się, że nadal jestem przyjezdna i mogę pracować, kiedy wszyscy Hindusi mają wolne;)

(some pictures by kulka)