Wednesday, December 26, 2007

granada for christmas

w granadzie zaświeciło w końcu słońce. spędziłam dzień gubiąc się w wąskich uliczkach i znajdując kolejne ściany naznaczone przez el nino de las pinturas - pojawia się niemal w całym mieście. poza tym sacramonte z mieszkaniami w skale. nietypowe, bo jeszcze nie turystyczne, wiele miejsc jest zesquotowanych i raczej mało atrakcyjnych, co sprawia niemało radości. oid namówił nas do spróbowania owoców kaktusa, więc później kolce czuło się nawet na języku. wszystko to poprzeplatane czasem na kawę, taras, jedzenie - często we wspólnej konstelacji. w niedzielę zaczęłyśmy (ja, gaba, dominika) przygotowania do wigilii. oczywiście trzymały się nas pomysły jak wyprawa do ruskiego sklepu (pierogi ruskie z bryndzą dają radę), gdzie ok 14ej pod sklepem są już wciągane browary - ah, jak swojsko, lub zakupy w odległym lidl'u, gdzie prawdopodobnie zaoszczędziłyśmy 3euro.. 24go, zamiast udać się do pubów, jak reszta lokalnych, zasiedliśmy do stołu. towarzyszyli nam jonathan, dario, oid, jarek, alice. pyszności były: pierogi, barszcz, bigos, ryba, sałatka. wszystko to w dość improwizowanej formie, ale udane i popijane grzanym winem:) zabawne, że gdy my biegałyśmy jeszcze za ostatnimi zakupami/przygotowaniami, w polszcze wigilia była już trawiona. miły i smaczny czas. 25go już dogorywaliśmy, choć nastąpiły poprawiny wigilii (to plus spędania świat w kraju, gdzie celebruje się dopiero 25go - można załapać się na dwie bujne kolacje) - zaproszenie do zaprzyjaźnionego kameralnego hostelu. znowu na sacramonte, więc widoki przednie. pojadłam, popiłam i wybrałam się na lotnisko. flight back to barcelona.

Sunday, December 23, 2007

lugagge cd

13:30. bagaż jest. uff. już zimny pot ścierałam z czoła.. granady nie widziałam dużo, szwendamy się nocnie. od dwóch dni mżawka i chmury, więc się nie chce. poza tym, patrzenie na nowe miejsce bez aparatu okazuje się niepełne. brakuje momentu chwytania obrazu na dłużej, tak żeby został. pocieszam się, że przy takiej pogodzie i świetle i tak nie korzystałabym dużo z utrwalania. nacieszę się teraz:)

o ulice granady dba nino de la pintura: www.elninodelaspinturas.com

Friday, December 21, 2007

lost lugagge

lot do granady. 8a rano. czekam na bagaż przy taśmie. czekam. zostajemy - pięć zdezorientowanych twarzy. podchodzi uśmiechnięta pani i oświadcza, że jeśli naszego bagażu nie ma, należy udać sie do takiego-to-a-takiego okienka. jakby to była całkiem normalna rzecz.. a przecież każdy wie, że to się zdarza, jacyś ludzie tracą bagaż, ale JA? zostawiam dane gaby w granadzie i pozostaje czekać. więc wychodzę z lotniska z torbą przewieszoną przez ramię. muszę przyznać, że poczucie jest fantastyczne - wychodzisz w nowe miasto z minimalnym bagażem (co prawda myślisz o najbliższym chińczyku, żeby kupić gacie na zmianę, bo bagaż jeśli będzie, to nie wiadomo kiedy). no, ale jednak mam nadzieję, że zguba się znajdzie. w plecaku jest spora część ciuchów jakie w ogóle posiadam w hiszpanii. myśl o kupowaniu czegoś w ich zastępstwie wywołuję ciarki przebiegające po kręgosłupie. no i, wyraz kompletnej głupoty i naiwności - mój aparat. nie chcę borykać się z jego startą (i świadomością swej głupoty, etc..). jest 21a. bagażu nie ma. napięcie rośnie.. a granada, i owszem - piękne miasto. i świetny street art. będę wam o nim pisać, jeśli aparatu zabraknie..

Thursday, December 20, 2007

niezależność?

zdarza się to po raz drugi. zawsze będąc na obczyźnie. zastanawiałam się czemu właśnie poza granicami - bo brak bliskich wokół; jeśli są bliscy nie trzeba się z niczym zwracać do obcych ludzi. a tak zachodzi konieczność i przejechać się na tym można łatwo. melodramat w dwóch odcinkach - edynburg i barcelona. gdy było już podbramkowo, okazywało się, że są dobrzy ludzie w mieście, może jeszcze nie bliscy, ale już bliżsi. i oni zawsze ratowali mi tyłek. dzięki nim mogłam być asertywna i na tyle dumna, żeby o nic nie prosić. lądowałam miękko w ich gnieździe. więc ile pozostaje z niezależności? kwintesencja mojej tkwi w dobrych, bliskich duszkach. ma niezależność mocna mymi przyjaciółmi. dziękuję.

Wednesday, December 19, 2007

squot dinner

zaproszenie na kolację do mari. mieszka po drugiej stronie miasta z wesołą brygadą. docieram po 8ej. poznaję 50cio-letnią mamę juliana - przyjechała z canady żeby pobyć z synem i czuje się na squocie jak ryba w wodzie. zaczynają się pogaduchy, a ja cieszę się, że in english. pierwszym daniem jest zupa mari z prażonym słonecznikiem. arturo znika w kuchni i nie wychodzi przez kolejne dwie godziny. jeśli gotowanie jest zbyt intensywne (plus muza, i pralka, i światło,..), tracimy całą elektryczność (jest podprowadzona mało-legalnie). pierwsze butelki wina. pies jeden lub trzy, bo ludzie wchodzą i wychodzą. arturo serwuje boskie kabaczki rozpływające się w ustach. mama juliana chce go na swojego szefa kuchni - arturo tylko się uśmiecha i znika. talerze wyłaniają się z kuchni i wędrują z rąk do rąk (a rąk 24). kolejne butelki wina. julian jest bohaterem numer jeden - mama jest z niego cholernie dumna; julian jest doprawdy hard-core'owym punkiem z masą dziwnych doświadczeń, więc jest to urocze. na deser mamy placek marchwiowy made by mari i cała masę dobroci ze skippingu. wszystkie brzuszki pełne, więc pozostaje gadać. koło 2ej stwierdzamy z marko, że czas do domu. ściskamy mamę, a ona życzy nam wesołych świat, dodając, że oni mają świata codziennie. i myślę o naszym pustym talerzu przy stole wigilijnym czekającym na gościa. w zetknięciu z taką gościnnością prezentuje się dość miernie - wczorajszego wieczoru nie było miejsca na stole na puste talerze.

Monday, December 17, 2007

długi to był weekend. i bosko leniwie się toczący. kosma dojechał popołudniu. pojedlim, popilim i poszliśmy w miasto. oczywiście na trasie znalazła się la concha, do której mam słabość. przy okazji odwiedzin kosmy była koniecznym punktem zwiedzania. la concha ma bardzo wschodni klimat, a wnętrze wypełnia aromat fajek wodnych, więc kosma powinien poczuć się jak w domu;) pomysłu na spędzenie reszty nocy dostarczył tal. wypiliśmy po północy kawę u chłopaków i wyruszyliśmy na reaggowe party na squocie. bosko się wyhasaliśmy, choć obiektywnie patrząc na poziom imprezy - nie prezentowała się nadzwyczajnie. do wyrka trafiliśmy koło 7ej, więc niedziela zaczęła się późno.. uciekło nam sporo czasu, gdy usiłowaliśmy powrócić do stanu aktywności. a jak już powróciliśmy (po podniesieniu się z wyrka ok16ej), wiedzieliśmy, że raczej szybko nie zaśniemy. pozostało wyruszyć w miasto;) więc kolejna z ulubionych knajp (nadal nie wiem jak się nazywa..) piwo sprzedawane na rambli skonsumowane nad morzem i po raz kolejny za-późny powrót na chatkę. całe dwa wieczory wypełnione intensywnym gadaniem, wyśmienitym, rozpieszczającym formą i treścią. prześmieszna była reflexja, że kosma wylądował w słonecznej hiszpanii, a wyjedzie przekonany, że tu nigdy nie świeci słońce - wychodziliśmy z chatki po zmroku. zebrał się dziś rano (hiszpańskie rano - po 10ej) i "zwiedził" barcelonę w trzy godziny. kilka godzin i ląduje w marrakeshu - za kilka dni będziemy mogli sobie pomachać z dwóch kontynentów.

Saturday, December 15, 2007

rosin murphy

14ty grudnia spędzony w towarzystwie rosin i jej głosu. miejsce nie za duże, just-w-sam-raz, więc stojąc na końcu sali na małym podwyższeniu mogłam podziwiać rosin w całej jej okazałości (sovah, wspominam twoje foty bjork przy okazji;). a sama rosin ukazuje się w obcisłym, białym topie z "let me know". później zmienia tylko nakrycia głowy, okulary, pelerynki, itp, więc generalnie występuje w obcisłych spodniach i topie, czarno-biało. a wygląda i tak świetnie. kolory są wokół, w światłach, wizualizacjach. chciałam ją zobaczyć, bo jest bestią sceniczną. prowokuje publiczność do granic rozpinając bluzę. bo jak ona to robi! zmienia przeznaczenie funkcjonalne krzesła tak, że zaczynasz się zastanawiać dlaczego ludzie wykorzystują je do siedzenia. wystarczają jej małe gesty, oszczędne ruchy, krótkie spojrzenia skierowane w tłum. jest tak swobodna na scenie, że pozwala sobie na bycie śmieszną, zabawną (beret z "let me know" założony na twarz, co pozwala rosin na granie ciałem pozbawionym mimiki - przekomiczne). i dużo nowej płyty - muszę się w nią wsłuchać, bo tęskniłam za poprzednią..

Friday, December 14, 2007

girona

a wszystkim, którzy nie lubią świąt, mówimy:
spróbowałam. byłam na meczu barca - coruna. było zimno. nie nudno. ale nadal nie rozumiem fenomenu piłki nożnej

Thursday, December 13, 2007

jak bardzo można zawieść się na drugim człowieku? nie wiem, czy kiedykolwiek przeszłam taką lekcję, jak w ciągu kilku ostatnich dni. jasne, że to nie przyjaźń ciągnąca się przez kilka lat, ale wydawało się, że coś dzielimy. a z dnia na dzień zostałam zapomniana, nie ma mnie w czyimś życiu. czuję się jakbym krzyczała z wnętrza szklanej kuli i nikt mnie nie słyszał. nie istnieję. a wszystkie poprzednie wspólne chwile wydają się wycieczką do cyrku, ale ciemniejszego niż "carnivale". nie wiesz gdzie kończy się prawda, a gdzie zaczyna fałsz. jeśli takie granice tam (tam?) istnieją. jawa miesza się ze snem. a wszystko i tak opiera się na kłamstwie. tylko nikt nie ma odwagi tego powiedzieć głośno. wszyscy chowają się za lustrami, maskami klaunów, monstrami. nigdzie nie można znaleźć zwykłej twarzy. nie znam motywacji, myśli, uczuć, pragnień. nic nie rozumiem.

Saturday, December 8, 2007



trzy pierwsze foty to mój uniwerek



Wednesday, December 5, 2007

busy diciembre

jutro przylatuje brat:) więc robię sobie wolne od wszystkiego i będę się z nim szwendać po mieście. przed jego wylotem spędzamy jeden dzień w gironie, ja może przedłużę wypad o muzeum daliego. póżniej tydzień wytężonej pracy, żeby jak najwięcej rzeczy pchnąć przed świętami - bo święta w granadzie:) po powrocie do barcelony, będę miała czas na wyspanie się, bo już chwilę później zlatuje pest, i kolejni. ponad tydzień wśród ludzi nie widzianych od dawna lub dawniej. chcę, żeby było intensywnie i tłoczno, głośno i duszno, bez wystarczającej ilości snu, a z nadmiarem alkoholu. wiem, że mnie to zmęczy okrutnie, ale potrzebuję takiej intensywności z bliskimi. szwendania się nocą wśród chłodnych kamienic barcelony i gadania do rana. oglądania świtu.

Saturday, December 1, 2007

rosin

ale z rzeczy przyjemniejszych:

sobota 12:30

dzień zaczął się wolno, leniwie. świeci słońce. nie mieszkamy w centrum, na obrzeżach. posiadanie broni jest nielegalne. leżę w wyrku i czytam wittgensteina, bo czeka mnie napisanie pracy. tu zawsze jest głośno i wszyscy wrzeszczą, więc słysząc nagły huk (razy kilka), myślisz, że tym razem dzieciaki bawią się nieco radośniej. a chwilę później okazuje się, że w barze naprzeciwko odbyła się strzelanina. nie tylko odbyła się, ale gdy stanęliśmy w oknach, miała swój ciąg dalszy.. dzieli nas 100m. kurwa. pierwszy raz. słysząc ten huk z tak małej odległości i znając źródło pochodzenia - serce staje w gardle. albo w ogóle staje. niewiele widać, bo gałęzie. ktoś leży. inni uciekają. widzę przez moment jak mężczyzna chowa broń za pasek. to jakaś-tam ulica. mały, obskurny bar. siedzą w nim sami lokalni. i zaczynasz się zastanawiać, czy to znaczy, że kiedyś zdarzyło ci się stać w tej samej kolejce z kimś, kto miał broń; albo rano jechać z kimś "uzbrojonym" w busie?..