dzień zaczął się wolno, leniwie. świeci słońce. nie mieszkamy w centrum, na obrzeżach. posiadanie broni jest nielegalne. leżę w wyrku i czytam wittgensteina, bo czeka mnie napisanie pracy. tu zawsze jest głośno i wszyscy wrzeszczą, więc słysząc nagły huk (razy kilka), myślisz, że tym razem dzieciaki bawią się nieco radośniej. a chwilę później okazuje się, że w barze naprzeciwko odbyła się strzelanina. nie tylko odbyła się, ale gdy stanęliśmy w oknach, miała swój ciąg dalszy.. dzieli nas 100m. kurwa. pierwszy raz. słysząc ten huk z tak małej odległości i znając źródło pochodzenia - serce staje w gardle. albo w ogóle staje. niewiele widać, bo gałęzie. ktoś leży. inni uciekają. widzę przez moment jak mężczyzna chowa broń za pasek. to jakaś-tam ulica. mały, obskurny bar. siedzą w nim sami lokalni. i zaczynasz się zastanawiać, czy to znaczy, że kiedyś zdarzyło ci się stać w tej samej kolejce z kimś, kto miał broń; albo rano jechać z kimś "uzbrojonym" w busie?..
No comments:
Post a Comment