w granadzie zaświeciło w końcu słońce. spędziłam dzień gubiąc się w wąskich uliczkach i znajdując kolejne ściany naznaczone przez el nino de las pinturas - pojawia się niemal w całym mieście. poza tym sacramonte z mieszkaniami w skale. nietypowe, bo jeszcze nie turystyczne, wiele miejsc jest zesquotowanych i raczej mało atrakcyjnych, co sprawia niemało radości. oid namówił nas do spróbowania owoców kaktusa, więc później kolce czuło się nawet na języku. wszystko to poprzeplatane czasem na kawę, taras, jedzenie - często we wspólnej konstelacji. w niedzielę zaczęłyśmy (ja, gaba, dominika) przygotowania do wigilii. oczywiście trzymały się nas pomysły jak wyprawa do ruskiego sklepu (pierogi ruskie z bryndzą dają radę), gdzie ok 14ej pod sklepem są już wciągane browary - ah, jak swojsko, lub zakupy w odległym lidl'u, gdzie prawdopodobnie zaoszczędziłyśmy 3euro.. 24go, zamiast udać się do pubów, jak reszta lokalnych, zasiedliśmy do stołu. towarzyszyli nam jonathan, dario, oid, jarek, alice. pyszności były: pierogi, barszcz, bigos, ryba, sałatka. wszystko to w dość improwizowanej formie, ale udane i popijane grzanym winem:) zabawne, że gdy my biegałyśmy jeszcze za ostatnimi zakupami/przygotowaniami, w polszcze wigilia była już trawiona. miły i smaczny czas. 25go już dogorywaliśmy, choć nastąpiły poprawiny wigilii (to plus spędania świat w kraju, gdzie celebruje się dopiero 25go - można załapać się na dwie bujne kolacje) - zaproszenie do zaprzyjaźnionego kameralnego hostelu. znowu na sacramonte, więc widoki przednie. pojadłam, popiłam i wybrałam się na lotnisko. flight back to barcelona.
No comments:
Post a Comment