lot do granady. 8a rano. czekam na bagaż przy taśmie. czekam. zostajemy - pięć zdezorientowanych twarzy. podchodzi uśmiechnięta pani i oświadcza, że jeśli naszego bagażu nie ma, należy udać sie do takiego-to-a-takiego okienka. jakby to była całkiem normalna rzecz.. a przecież każdy wie, że to się zdarza, jacyś ludzie tracą bagaż, ale JA? zostawiam dane gaby w granadzie i pozostaje czekać. więc wychodzę z lotniska z torbą przewieszoną przez ramię. muszę przyznać, że poczucie jest fantastyczne - wychodzisz w nowe miasto z minimalnym bagażem (co prawda myślisz o najbliższym chińczyku, żeby kupić gacie na zmianę, bo bagaż jeśli będzie, to nie wiadomo kiedy). no, ale jednak mam nadzieję, że zguba się znajdzie. w plecaku jest spora część ciuchów jakie w ogóle posiadam w hiszpanii. myśl o kupowaniu czegoś w ich zastępstwie wywołuję ciarki przebiegające po kręgosłupie. no i, wyraz kompletnej głupoty i naiwności - mój aparat. nie chcę borykać się z jego startą (i świadomością swej głupoty, etc..). jest 21a. bagażu nie ma. napięcie rośnie.. a granada, i owszem - piękne miasto. i świetny street art. będę wam o nim pisać, jeśli aparatu zabraknie..
No comments:
Post a Comment