Wednesday, December 19, 2007

squot dinner

zaproszenie na kolację do mari. mieszka po drugiej stronie miasta z wesołą brygadą. docieram po 8ej. poznaję 50cio-letnią mamę juliana - przyjechała z canady żeby pobyć z synem i czuje się na squocie jak ryba w wodzie. zaczynają się pogaduchy, a ja cieszę się, że in english. pierwszym daniem jest zupa mari z prażonym słonecznikiem. arturo znika w kuchni i nie wychodzi przez kolejne dwie godziny. jeśli gotowanie jest zbyt intensywne (plus muza, i pralka, i światło,..), tracimy całą elektryczność (jest podprowadzona mało-legalnie). pierwsze butelki wina. pies jeden lub trzy, bo ludzie wchodzą i wychodzą. arturo serwuje boskie kabaczki rozpływające się w ustach. mama juliana chce go na swojego szefa kuchni - arturo tylko się uśmiecha i znika. talerze wyłaniają się z kuchni i wędrują z rąk do rąk (a rąk 24). kolejne butelki wina. julian jest bohaterem numer jeden - mama jest z niego cholernie dumna; julian jest doprawdy hard-core'owym punkiem z masą dziwnych doświadczeń, więc jest to urocze. na deser mamy placek marchwiowy made by mari i cała masę dobroci ze skippingu. wszystkie brzuszki pełne, więc pozostaje gadać. koło 2ej stwierdzamy z marko, że czas do domu. ściskamy mamę, a ona życzy nam wesołych świat, dodając, że oni mają świata codziennie. i myślę o naszym pustym talerzu przy stole wigilijnym czekającym na gościa. w zetknięciu z taką gościnnością prezentuje się dość miernie - wczorajszego wieczoru nie było miejsca na stole na puste talerze.

No comments: