Wyjazd do Ameru - “now you enter the
paradise”. Na takie deklaracje reaguję zazwyczaj dość sceptycznie, ale Amer chyba faktycznie leży
gdzieś w jego pobliżu. Razem z Raju (dopiero teraz zauważyłam pisemną zbieżność
imienia z deklarowanym przez niego rajem)
odwiedziłyśmy jego dwie mamy (jakaś zawiła historia z adopcją/pomocą finansową) - chaj i słodycze obowiązkowo dla gości.
Obok fort, do którego zjeżdżają autokary z
turystami, a my spokojnie oglądamy okolice z jego tarasu i gadamy z braćmi
(czytaj: przekrzykują się wszyscy w Hindi, aż któryś się zorientuje, że warto
byłoby coś przetłumaczyć).
Atrakcje w postaci zwierząt na każdym kroku – od
świń po słonie (niech miłośnicy świń się nie unoszą, chodzi mi o rozstrzał gabarytów). Jazda na motorze w słońcu po tygodniu
siedzenia w biurze. Prawda jest taka, że wszystko by nas cieszyło, oby nie
było związane z pracą. Ale dzień faktycznie outdoorowy i przyjemny.
Niepozorny
spacer wyprowadził nas nad świątynię nad jeziorem otoczoną wzgórzami. Dookoła
Indyjski Chiński mur. Jasne, że lokalna sielanka nie może obejść się bez
walającego się plastiku i suszących się krowich placków, kolesi pijących w
najlepszym punkcie okolicy, ale to i tak był najlepszy dzień od naszego
przyjazdu. No i cisza. Nad Jaipurem bezustannie unosi się hałas, atakuje z
każdej strony, nocą tylko nieco się wycisza. W Amerze słyszałam ciszę.
Żeby w
drodze powrotnej odbić się o ścianę dźwięku..