Sunday, July 29, 2007

heading north

troche mnie tu nie bylo. u winnie bylo przemilo. w dodatku sie nie narzucala. uznala, ze jestem w podrozy w obcym kraju i milo mi pomoc. poza tym mam sie relaxowac. wiec tak spedzilysmy wieczor. chwile wczesniej przegladala swoje ciuchy i zdecydowala sie pozbyc czesci z nich - wiec mialam z czego wybierac;) rano winnie uznala, ze ma dzien wolny, wiec wywiezie mnie za miasto. po ok80km przypomnialam jej, ze skoro ma wolne powinna sie cieszyc tym w domu, a ja sobie poradze. podjechalysmy jeszcze z 10km i sie rozstalysmy. musialam jej obiecac, ze bede na siebie uwazac. bardzo dobry start podrozy na stopa. troche mnie to przerazilo - jesli roznowaga w przyrodzie ma byc zachowana, to wypada mi niezle dostac po dupie w najblizszych dniach..
(glowna trasa norwegii polnoc-poludnie)
z ciekawostek dalszej podrozy: podwozil mnie norweg pracujacy w budownictwie. oczywiscie padlo pytanie skad jestem. okazalo sie, ze w samochodzie przed nami jedzie dwoch polakow pracujacych u niego, a on sam slucha najbardziej tandetnego techno pochodzacego z "naszych" stron. well..
pozniej dlugi kawal drogi z przemila kobieta. zaczynala podroz w oslo i specjalnie wpakowala swoje graty do bagaznika, zeby miec miejsce dla hitchhikerow. nice. tez obeszlo sie bez wymuszania rozmowy; sluchalysmy muzy i cieszylysmy sie krajobrazami - a gory coraz wyzsze i coraz wiecej sniegu na szczytach. jest pieknie.
utknelam w mo i ranie na czas spory. pozniej utknelam jeszcze gorzej w jakiejs malej wiosce. ruchu na glownej trasie prowadzacej z poludnia na polnoc nie ma prawie wcale.. moje mysli krazyly juz wokol noclegu i uwiniecia sobie gdzies gnazdka. przemieszczam sie bez namiotu, wiec sprawa wcale nie jest prosta.. uratowal mnie kierowca autobusu. nawet go nie zatrzymywalam (jasne, ze nie stac mnie na tutejszy transport). wspanialy koles. przejechalismy razem spory kawal drogi gadajac i gadajac. mijajac kolo podbiegunowe kolo polnocy, zatrzymal sie, zebym mogla zrobic foty. miejsce nieco mnie przerazilo - krajobraz iscie ksiezycowy, bez drzew i jakiejkolwiek innej roslinnosci; zimno i sporo sniegu. perspektywa spedzenia nocy w plenerze w takich warunkach naprawde nie byla kuszaca.. rozstalam sie z tym przemilym kolesiem w kolejnej malej wiosce. po drodze rozmawialismy o lofoten i ich pieknie. kierowca wreczyl mi 400koron na podroz na lofoten (ok, mowilam, ze podrozuje malym kosztem, ale nie mowilam, ze gloduje). coz, kase wzielam i obiecalam, ze tam pojade.
noc spadzilam na przystanku autobusowym. wszystkim polecam - zadaszone, zasloniete z trzech stron, wiec nie wieje, w dodatku jest laweczka, wiec nie laduje sie na betonie. nice and cosily.
pobudka okolo 6ej rano. powolutku doturlalam sie do bodø, gdzie z noclegiem czekala martine z sympatycznym ojcem. miasteczko nijakie, odwiedzilysmy saltstraumen. atrakcja bylo mlodociane srodowisko alternatywne, w ktorym obraca sie martine. dzieciaki uprawiajace skipping i sluchajace hardcore`u. przezabawni;) (bodo w mojej kolorystyce;)
(norweskie mosty na calej trasie)
pieniadze wzielam, wiec pozostalo dopelnic misji. poplynelam promem na lofoten. pogoda nie byla najlepsza, ale nawet w chmurach mozna domyslic sie reszty uroku tego miejsca. dotarlam tylko do svolvær i zalapalam sie na najdrozszy hostel polwyspu (do dzis zreszta nie wiem, czy nie udalo by mi sie wykrecic od placenia, imperatywy mnie zakrzyczaly, niestety..). lofoten zostawilam wiec z niedosytem, ogromnym. wiem juz jak najlepiej sie tam przemieszczac i kiedy, ale zanim bedzie mnie na to stac, jeszcze troche czasu uplynie.
(w najmniejszych wioskach na lofoten - polskie akcenty)
26go stopem do narviku. balam sie tego odcinka - albo miejscowi podrozujacy po max 10km, albo zaladowani turysci. i was lucky again. miejscowy mlody rybak stwierdzil, ze moze podwiezc mnie troche dalej, czyli na prom. a wtedy juz lalo, wiec bylam niezmiernie wdzieczna. pozniej przemieszczalam sie malymi skokami, az trafilam na mlodego turka. nastapi teraz skrucha i wyznanie winy. moje uprzedzenia doszly do glosu - polka w samochodzie turka. walczylam z nimi dzielnie, ale wizja gwaltu mnie nie opuszczala. a gdy stwierdzil, ze po drodze zabieramy jego kumpla, napiecie nie ustapilo. kajam sie ogromnie i jest mi cholernie wstyd. ryzyko jezdzenia na stopa zostalo spotegowane. i na szczescie rozwiane w momencie, gdy chlopak zaczal podspiewywac do sluchanych tureckich songow. byl bardzo pomocny i przemily. jest mi glupio..
chwile pozniej bylam w narviku:) tam nocleg u jima. w jego chatce czekalo juz dwoch zabawnych holendrow - rick i tony. przyjechali samochodem, ktory zjezdzil afryke wzdluz i wszez i sluzy im za lokum. u jima chcieli sie tylko napic kawy i pogadac z kims miejscowym. a jim podrozuje czesto i duzo. zjechal kawal swiata i ma sporo historii, ktorymi obficie obdarza zainteresowanych. jest tez niesamowitym pedantem i przedstwaicielem zachodniej europy, wiec trudno go sobie wyobrazic poza jej obszarem. w kazdym razie mielismy wysmienity wieczor i tripa po narviku jimowym samochodem.
nastepny dzien uplynal bez wiekszych emocji, bo holendrzy jechali do tromsø, wiec przejechalam z nimi cala trase. milo i wygodnie, bo korzystalam z ich "dwuosobowego" wyrka na tyle samochodu. a w tromsø odebrala mnie katia, tobias i inka. znowu swieci slonce.

Sunday, July 22, 2007

wiec jednak opuscilam vallersund gard. na poboczu spedzilam ok 15tu min i zatrzymala sie winnie jadac do trondheim. po kolejnych 15tu stwierdzila, ze wygladam na zmeczona i zaprasza mnie do siebie na nocleg, przygotuje kolacje. z komunikowniem sie nie idzie nam rewelacyjnie (przez angielski..), ale jest przemila - namowila mnie do skorzystania ze swojego masujacego fotela. i slonce swieci:)

Saturday, July 21, 2007

napiete oczekiwanie

juz wiem, ze bezposrednio w camphill nie zostane. ale sasiad chcial miec odmalowana chate, wiec szefostwo sprobuje sie z nim skontaktowac. ekipa wolontariatu wyjezdza po 13ej. cztery godziny do rozwiazania..

Friday, July 20, 2007

we`ve finished:)

ostatni dzien pracy dobiega konca. wszyscy juz bylismy na tyle zmeczeni, ze nie moglismy sie dogadac i zorganizowac. podsumowanie zatem. te dwa tygodnie byly cholernie intensywne. i mialy cholernie rygorystyczny rytm. tak zyje tutejsza wies. sniadanie o 8ej, od 9ej praca, o 11.30 spotykalismy sie ze wszystkimi mieszkancami na drugim sniadaniu, po czym znowu pracowalismy. o 3ej czekal (ci ktorzy go przygotowywali, pewnie mieli by pewne zastrzezenia co do tego stwierdzenia..) na nas obiad. wiec godzine pozniej znow ladowalismy w pracy do 6ej. po czym prysznice, kolacja (oczywiscie wspolna) i czasem niestety tez wspolnie zorganizowane wieczory. dodatkowymi atrakcjami wsi sa: w srode wieczorem "kafeteria" - czyli wszyscy spotykaja sie na kawie i ciachu, w czwartek na drugie sniadanie sa swieze bulki ze swojskiej piekarnii, w piatek cala wies je wspolny obiad. generalnie zyje sie wsrod ludzi caly czas i je sie calkiem duzo i dobrze. nie spodziewalam sie, ze w tak drogiej norwegii, bede pochlaniala tyle pokarmu. ale niedlugo sie to zmieni..

nasz pobyt tutaj zaowocowal oczyszczeniem czterech ekologicznych stawow (czego nie czyniono od ok. 10ciu lat..) i stworzeniem dosc dlugiej sciezki prowadzacej do budynku centrum camphill, ktore powstanie za lat moze 10... poza tym wprowadzilismy kilka nowych twarzy w ta mala spolecznosc (i zostalismy niezle przyjeci, co z ludzikami mentalnymi nie jest takie oczywiste) i troche zamieszania (szczegolnie spiewy alexa i irona zostana zapamietane). ja sie nameczylam i jestem w pelni usatyswakcjonowana - podczas gdy dziewczyny, koniec-koncow, wyladowaly w kuchni (badz wrocily do domu), biegalam z lopata do konca:)szalenstwa ostatniej nocy;)

Wednesday, July 18, 2007

rety..

dzis od rana tworzymy "sciezke". to tylko pozornie latwe zadanie. "sciezka" sklada sie z trzech warstw: duzych kamieni, zwiru i piasku. ostatnia warstwa - piasek - ma miec 20cm. nie moge myslec.. jestem skonana. jeden dzisiejszy plus - ciasto z truskawkami. really great one:)
a, i juz wymiekam z zyciem w grupie. wszyscy sa sympatyczni i uprzejmi. mowia "dziekuje" i "prosze" (in english, of course). caly czas sie usmiechaja. a ja z nimi spedzam caly czas (w nocy nawet oddychamy razem w rownym rytmie, pewnie..) - pomocy! mam dzis ich dosyc..przy okazji wczorajszej wyprawy do jaskini, zostalam jednorozcem;)

Sunday, July 15, 2007

leniwa & wilgotna niedziela

od rana wilgotno. reprezentacja holandii uznala, ze jest to swietna pogoda na wyprawe na pobliskie pagory. co do wyprawy przytaknelam, ale czy to najlepsza pogoda?.. mzawka w ogole ich cieszy.. na szczescie widoki na szczycie dopisaly. wszystko spowite w szarosciach, ale przynajmniej widoczne. na dol zjezdzalismy na tylkach. wilgoc mnie przesladuje.

wczoraj wybralismy sie na lokalny "koncert rock`owy". wkrecili nas za darmo za cene udawania ochrony. jako, ze latwo po nas poznac, ze rdzennymi norwegami nie jestesmy - robilismy za jedna z atrakcji. koncert okazal sie biesiada, niewiele ustepujaca naszym ojczystym. obserwacje nasze skupily sie wiec na norwegach, ktorzy nie-pili alkoholu, ale wlewali go w siebie. wrocilam wczesniej..

Saturday, July 14, 2007

slonce dzis znowu nie zaszlo

dzis sobota. odpoczywamy od mulu i blota. mozemy chwile poleniuchowac. pozostalo zaznaczyc swoja obecnosc na dzisiejszym lokalnym markecie spiewajac z cala wioska. ja do osob spiewajacych nie naleze, do publicznych tym-mniej, wiec mozna sie domyslac ile radosci mi to sprawia.. zastanawiam sie czy juz ktos zaczal podejrzewac, ze uspolecznianie sie i integracja w grupie mnie raczej nie bawi..
przerzucanie blota ma swoje plusy, okazuje sie. wieczorem wywieziono nas (czy raczej wy-plynieto) lajba rybacka na jedna z pobliskich malutkich wysp. na tamtejszym szczycie (pagurku, oczywiscie) czekalismy na zachod slonca. zachodu nie doczekalismy, bo wlasciwie sie nie dokonal. ale niebo zasypalo nas kolorami. pieknie. wracalismy w deszczu..

Tuesday, July 10, 2007

caly dzien w mzawce. zeby bylo ciekawiej (i wilgotniej), czas spedzilismy oczyszczajac tutejszy staw. popaplalismy sie w blocie stojac w nim po kostki. staw ekologiczny, oczyszczajacy wode, ktora pozniej radosnie wplywa do morza i miesza sie z woda zanieczyszczona. siedze wiec niesamowicie zmeczona, zasmarkana i probuje sie przekonac, ze to mialo sens.

norge

wiec dotarlam. w oslo poznalam nocne zycie z nassimem. w trondheim wedrowalam z tobiasem - lokalnym ekologiem i calkiem przyjemnym ludzikiem. uczyl mnie robic zwierzaki z balonow - good fun. spedzalismy tak wieczor i o 2ej w nocu zorientowalam sie, ze jest jasno. moja pierwsza biala noc:) tobias odprowadzil mnie na prom, plynelam wsrod pieknych wzgorz i tak dotarlam na wyspe i wolontariat w vallersund gard. jest pieknie.ps. polskich literek nie ma.

Wednesday, July 4, 2007

family house

wczoraj opuściłam wrocław. nie znajdziecie mnie więc w mieszkaniu z widokiem na "pissing boy'a", wśród nocnych odgłosów śródmieścia (czytaj: wrzasków pełnych kurw i pedałów, czasem odgłosów bójek). ja natomiast będę mogła tylko wspominać gaworzących i uśmiechniętych współspaczy. no i kota filona, ma się rozumieć (teraz, gdy oboje się oswoiliśmy..). pochwalić się powrotem na łono rodziny też raczej nie mogę. dziś ostatnie zamieszanie organizacyjne, jutro zamieszanie, pewnie jeszcze większe, z pakowaniem. i piątkowy lot ku północy. zdaje się, że to będzie cholernie długa podróż. mam tylko nadzieję, że proporcjonalnie obfita w dobre wrażenia, wydarzenia i ludzi.