Monday, April 21, 2008

moje życie skurczyło się do orzeszka zwanego pracą

więc (patrz: tytuł wpisu) nie mam wiele do napisania. mogę podzielić się kilkoma anegdoto-reflexjami.

shamrock jest zdominowany przez brytyjczyków w średnim wieku, singli. ja znam ich jedynie z czasu, który spędzają upijając się. wrażeń najlepszych, zatem, stamtąd nie wynoszę. przeciwnie. miejsce poci się rasizmem i uprzedzeniami (off course, nie wszyscy, ale takiej dawki dyskryminacji skierowanej w przeróżnych kierunkach, już dawno nie zaznałam). w powietrzu unosi się pijacki bełkot. więc spędzam tam jedynie czas, za który mi płacą;)

tony faktycznie okazuje się najlepszą (w sensie: bardzo dobrą) osobą, jaką ostatnio poznałam. ma wielkie serce, co przejawia się w szczegółach - wręcz każe mi siadać kiedy tylko jest ku temu okazja, nie pozwala kończyć przerwy, skrupulatnie pilnuje, abym sprzedawała piwo swoim znajomym po niższej cenie, ale i większych sprawach - min remontuje znajomym mieszkania.

Okazuje się, że zazwyczaj uczestniczyłam w alkoholizowaniu się. Stanie po drugiej stronie baru daje okazję do obserwowania z dystansu całego procesu. Długi czas było to niemała rozrywką – dostrzeganie rozpływania się ruchów, gubienia wzroku, ubywania zdolności artykulacji dźwięków, nie wspominając o koordynacji i zachowywaniu logiki wywodu.. a ten seans niemal codziennie, zwielokrotniony przez liczbę klientów..

Czy wsiąkłam już w shamrock'a? niedalekiego wieczoru juan stwierdził "you know marta. I don't know how to put it.. but you don't really fit here, do you?" yeah, nie pasuję do miejsca, ni do meczów, ni do ludzi tam przychodzących, ni do roli wdzięcznej barmanki.

w dodatku rozmowa z big ciff'em. facet, który pracuje jako ochroniarz w jakiejś knajpie. postać, której nie chce się spotkać w ciemnym zaułku. prostytutki z rambli nie są mu obce. przychodząc do knajpy zamawia białe wino, ale butelkę. często wychodzi po trzech. ostatnio nieopatrznie wylądowałam koło niego (nie otacza go tłum przyjaciół, i wonder why?). ze swoim doświadczeniem człowieka który dużo widział i przeżył (niewątpliwie zna ceny alkoholi na niemal całym świecie) poddał krytyce moje plany (bądź ich brak) na przyszłość, puentując "couse marta, what are you? You are nothing." Niedościgniona zdolność analizy i rozszyfrowywania ludzkich charakterów. Widział mnie trzeci raz w swym, niewątpliwie pasjonującym, życiu. fuck off.

dobry nius na zakończenie. mam przejść na pół etatu. bo nie wyrobię się z sesją - oficjalna przyczyna. ale też nie-oglądanie ich wszystkich niemal codziennie + odzyskanie części swego prywatnego życia, wyjdzie mi na zdrowie. jak juca będzie oporny w tej sprawie - zwalniam się, przeżyję.

ps. a jeśli ktoś ma ochotę na lipcowego tripa po hiszpanii (pais de vascos, madrid, andallucia, valencia, tarragona) - zapraszam.

No comments: