troche mnie tu nie bylo. u winnie bylo przemilo. w dodatku sie nie narzucala. uznala, ze jestem w podrozy w obcym kraju i milo mi pomoc. poza tym mam sie relaxowac. wiec tak spedzilysmy wieczor. chwile wczesniej przegladala swoje ciuchy i zdecydowala sie pozbyc czesci z nich - wiec mialam z czego wybierac;) rano winnie uznala, ze ma dzien wolny, wiec wywiezie mnie za miasto. po ok80km przypomnialam jej, ze skoro ma wolne powinna sie cieszyc tym w domu, a ja sobie poradze. podjechalysmy jeszcze z 10km i sie rozstalysmy. musialam jej obiecac, ze bede na siebie uwazac. bardzo dobry start podrozy na stopa. troche mnie to przerazilo - jesli roznowaga w przyrodzie ma byc zachowana, to wypada mi niezle dostac po dupie w najblizszych dniach..

(glowna trasa norwegii polnoc-poludnie)
z ciekawostek dalszej podrozy: podwozil mnie norweg pracujacy w budownictwie. oczywiscie padlo pytanie skad jestem. okazalo sie, ze w samochodzie przed nami jedzie dwoch polakow pracujacych u niego, a on sam slucha najbardziej tandetnego techno pochodzacego z "naszych" stron. well..
z ciekawostek dalszej podrozy: podwozil mnie norweg pracujacy w budownictwie. oczywiscie padlo pytanie skad jestem. okazalo sie, ze w samochodzie przed nami jedzie dwoch polakow pracujacych u niego, a on sam slucha najbardziej tandetnego techno pochodzacego z "naszych" stron. well..
pozniej dlugi kawal drogi z przemila kobieta. zaczynala podroz w oslo i specjalnie wpakowala swoje graty do bagaznika, zeby miec miejsce dla hitchhikerow. nice. tez obeszlo sie bez wymuszania rozmowy; sluchalysmy muzy i cieszylysmy sie krajobrazami - a gory coraz wyzsze i coraz wiecej sniegu na szczytach. jest pieknie.

utknelam w mo i ranie na czas spory. pozniej utknelam jeszcze gorzej w jakiejs malej wiosce. ruchu na glownej trasie prowadzacej z poludnia na polnoc nie ma prawie wcale.. moje mysli krazyly juz wokol noclegu i uwiniecia sobie gdzies gnazdka. przemieszczam sie bez namiotu, wiec sprawa wcale nie jest prosta.. uratowal mnie kierowca autobusu. nawet go nie zatrzymywalam (jasne, ze nie stac mnie na tutejszy transport). wspanialy koles. przejechalismy razem spory kawal drogi gadajac i gadajac. mijajac kolo podbiegunowe kolo polnocy, zatrzymal sie, zebym mogla zrobic foty. miejsce nieco mnie przerazilo - krajobraz iscie ksiezycowy, bez drzew i jakiejkolwiek innej roslinnosci; zimno i sporo sniegu. perspektywa spedzenia nocy w plenerze w takich warunkach naprawde nie byla kuszaca.. rozstalam sie z tym przemilym kolesiem w kolejnej malej wiosce. po drodze rozmawialismy o lofoten i ich pieknie. kierowca wreczyl mi 400koron na podroz na lofoten (ok, mowilam, ze podrozuje malym kosztem, ale nie mowilam, ze gloduje). coz, kase wzielam i obiecalam, ze tam pojade.

noc spadzilam na przystanku autobusowym. wszystkim polecam - zadaszone, zasloniete z trzech stron, wiec nie wieje, w dodatku jest laweczka, wiec nie laduje sie na betonie. nice and cosily.
pobudka okolo 6ej rano. powolutku doturlalam sie do bodø, gdzie z noclegiem czekala martine z sympatycznym ojcem. miasteczko nijakie, odwiedzilysmy saltstraumen. atrakcja bylo mlodociane srodowisko alternatywne, w ktorym obraca sie martine. dzieciaki uprawiajace skipping i sluchajace hardcore`u. przezabawni;)
(bodo w mojej kolorystyce;)
(bodo w mojej kolorystyce;)
(norweskie mosty na calej trasie)
pieniadze wzielam, wiec pozostalo dopelnic misji. poplynelam promem na lofoten. pogoda nie byla najlepsza, ale nawet w chmurach mozna domyslic sie reszty uroku tego miejsca. dotarlam tylko do svolvær i zalapalam sie na najdrozszy hostel polwyspu (do dzis zreszta nie wiem, czy nie udalo by mi sie wykrecic od placenia, imperatywy mnie zakrzyczaly, niestety..). lofoten zostawilam wiec z niedosytem, ogromnym. wiem juz jak najlepiej sie tam przemieszczac i kiedy, ale zanim bedzie mnie na to stac, jeszcze troche czasu uplynie.

pieniadze wzielam, wiec pozostalo dopelnic misji. poplynelam promem na lofoten. pogoda nie byla najlepsza, ale nawet w chmurach mozna domyslic sie reszty uroku tego miejsca. dotarlam tylko do svolvær i zalapalam sie na najdrozszy hostel polwyspu (do dzis zreszta nie wiem, czy nie udalo by mi sie wykrecic od placenia, imperatywy mnie zakrzyczaly, niestety..). lofoten zostawilam wiec z niedosytem, ogromnym. wiem juz jak najlepiej sie tam przemieszczac i kiedy, ale zanim bedzie mnie na to stac, jeszcze troche czasu uplynie.


(w najmniejszych wioskach na lofoten - polskie akcenty)
26go stopem do narviku. balam sie tego odcinka - albo miejscowi podrozujacy po max 10km, albo zaladowani turysci. i was lucky again. miejscowy mlody rybak stwierdzil, ze moze podwiezc mnie troche dalej, czyli na prom. a wtedy juz lalo, wiec bylam niezmiernie wdzieczna. pozniej przemieszczalam sie malymi skokami, az trafilam na mlodego turka. nastapi teraz skrucha i wyznanie winy. moje uprzedzenia doszly do glosu - polka w samochodzie turka. walczylam z nimi dzielnie, ale wizja gwaltu mnie nie opuszczala. a gdy stwierdzil, ze po drodze zabieramy jego kumpla, napiecie nie ustapilo. kajam sie ogromnie i jest mi cholernie wstyd. ryzyko jezdzenia na stopa zostalo spotegowane. i na szczescie rozwiane w momencie, gdy chlopak zaczal podspiewywac do sluchanych tureckich songow. byl bardzo pomocny i przemily. jest mi glupio..

26go stopem do narviku. balam sie tego odcinka - albo miejscowi podrozujacy po max 10km, albo zaladowani turysci. i was lucky again. miejscowy mlody rybak stwierdzil, ze moze podwiezc mnie troche dalej, czyli na prom. a wtedy juz lalo, wiec bylam niezmiernie wdzieczna. pozniej przemieszczalam sie malymi skokami, az trafilam na mlodego turka. nastapi teraz skrucha i wyznanie winy. moje uprzedzenia doszly do glosu - polka w samochodzie turka. walczylam z nimi dzielnie, ale wizja gwaltu mnie nie opuszczala. a gdy stwierdzil, ze po drodze zabieramy jego kumpla, napiecie nie ustapilo. kajam sie ogromnie i jest mi cholernie wstyd. ryzyko jezdzenia na stopa zostalo spotegowane. i na szczescie rozwiane w momencie, gdy chlopak zaczal podspiewywac do sluchanych tureckich songow. byl bardzo pomocny i przemily. jest mi glupio..

chwile pozniej bylam w narviku:) tam nocleg u jima. w jego chatce czekalo juz dwoch zabawnych holendrow - rick i tony. przyjechali samochodem, ktory zjezdzil afryke wzdluz i wszez i sluzy im za lokum. u jima chcieli sie tylko napic kawy i pogadac z kims miejscowym. a jim podrozuje czesto i duzo. zjechal kawal swiata i ma sporo historii, ktorymi obficie obdarza zainteresowanych. jest tez niesamowitym pedantem i przedstwaicielem zachodniej europy, wiec trudno go sobie wyobrazic poza jej obszarem. w kazdym razie mielismy wysmienity wieczor i tripa po narviku jimowym samochodem.



nastepny dzien uplynal bez wiekszych emocji, bo holendrzy jechali do tromsø, wiec przejechalam z nimi cala trase. milo i wygodnie, bo korzystalam z ich "dwuosobowego" wyrka na tyle samochodu. a w tromsø odebrala mnie katia, tobias i inka. znowu swieci slonce.
2 comments:
przynajmniej nie jestes uprzedzona do przystankow.
sciskam
latwo powiedziec.. ostatnio jestem spieta.. chyba chce do domu..
Post a Comment